IV. To nie oni. Oni nie żyją.


???, ???

                W mojej głowie wszystko to nie miało sensu. Dlaczego ktoś miałby to robić? Czy czymś zawiniłem? Cykl nie miał końca. Nieskończona i potworna rzeź, przyozdobiona ich ciałami. Dlaczego to widziałem? Nie było mnie tam, nikt mi o tym nie opowiedział, a jednak, cierpię. Pewnego dnia przyszedł do mnie mężczyzna. Byłem sam w domu, wszyscy pracowali podczas gdy ja uczyłem się rozmontowywać i składać w kółko broń palną. To nie jestem ja! To jestem ja? Podmienili mnie czy ich?! Czym w takim razie jest prawda?! Oddychałem głośno, krztusiłem się czystym powietrzem. To nie tak powinno być. Przyszedł mężczyzna, myśl Ota, myśl! Co było potem? J-ja… ja wpuściłem go. Czy się przedstawił? Nie, nie przypominam sobie. A może jednak? Jego usta… ruszały się. Coś mówił! Co mówił, Ota? Co on do cholery mówił?! Uderzyłem otwartą dłonią w swoje czoło tak, że został czerwony ślad. Co. On. Powiedział. Ota.
                - D-dzień dobry? P-przyszedł Pan do moich rodziców, tak? Nie ma ich w domu, będą później. – Wyrzuciłem z siebie wtedy. Nieznajomy chodził w podobnych ubraniach do odzieży moich rodziców. N-nie… Do nich. Nie powinien tak mówić. Przyzwyczajenie. Dasz radę, Ota. Jesteś blisko. Wyglądał podobnie do jednej z kreatur, a przynajmniej jego czarne, splamione szkarłatem, włosy.
- Przyszedłem do ciebie, Ota. Wpuścisz mnie? Wiem, że nie powinieneś, jednak chcę tylko ci pomóc. Masz koszmary, prawda? Odnośnie mężczyzny z bandażem na oku. – Zimny pot spływał mi po czole. Skąd wiedział? Ty już dobrze wiesz skąd, Ota. Skup się do cholery! Nieznajomy. Znał ich, zna ciebie. Nie był nieznajomym, a raczej zwałem go pośrednikiem. Byłem ciekawy, pomimo strachu jaki czułem, wpuściłem czarnowłosego do środka. Nie zdążyłem nic powiedzieć, a mężczyzna już zdążył się rozgościć i zadomowić na kanapie w salonie. Zamknąłem frontowe drzwi. Jak w ogóle dostał się na podwórko? Czy znał też ochronę? Powinienem był zapytać.
- S-skąd Pan wie? O-o koszmarach? – Ciężko było mi się wysłowić, ale czy ktokolwiek mógł się dziwić? Nie o mnie tu chodziło, o sobie nie musiałem pamiętać, tylko mężczyzna był ważny. – P-przepraszam za moje maniery, może chciałby Pan napić się kawy lub herbaty? – Dorzuciłem na szybko potykając się o własne nogi. Wyglądał na zawiedzionego i zdenerwowanego. Czy zrobiłem coś źle? R-rodz… Oni byliby źli. Co mam o nich sądzić?! To zdarzyło się tak nagle… Inne dzieci nie miały takich problemów. Nie chciałem być wyjątkowy! Nie chciałem znów o nich śnić… Było mi przykro. Płakałem nad nimi. Kim oni w ogóle byli? Kimś ważnym, Ota. Kimś dla ciebie ważnym.
- Odpuść sobie ten pieprzony szlachecki dialekt. Wiesz kim jestem? Potworem z twoich snów, przynajmniej jego częścią. Możesz mnie winić za połowę tego bólu, Ota. Bo wiesz, kto tam jeszcze jest? Pierdolony człowiek ze złota. Przyjaciel, kochanek, tchórz, dupek i zdrajca. – Nie rozumiałem nic. Upadłem na kanapę niedaleko niego. Złapałem się obiema dłońmi za głowę przerażony każdym niezrozumianym jego słowem. Chwilę szukał czegoś w kieszeni płaszcza, po czym wyciągnął z niej zdjęcie. – Masz, zobacz. – Wziąłem je od niego powoli. Sytuacja była coraz to dziwniejsza z każdą kolejną sekundą. Pamiętam ten obraz. Pamiętam go doskonale. Od lewej po kolei stali: Nieznajomy blondyn, para zaszlachtowanych w snach oraz czarnowłosy potwór z bandażem na oku. S-skąd? Co t-tu się dzieje?
- M-może Pan dać mi chwilę? – Grzecznie poprosiłem. Mężczyzna się uśmiechnął. Trzymałem w dłoniach zdjęcie i dogłębnie się mu przyglądałem. K-kiedy zostało zrobione? Przed tragedią? Kim był blondyn? Nieznajomy znowu wyciągnął coś z płaszcza. Dwie, małe kartki trzymał między palcem wskazującym na środkowym. – C-co to jest?
 - Należały do twoich rodziców, tych prawdziwych. Koszmary powinny minąć. – Położył przedmioty na moim kolanie. Zwróciłem zdjęcie i zaczął przeglądać podarunki. ,,Cesarz’’ i ,,Cesarzowa’’. Karty tarota. Mężczyzna wziął do ręki fotografię, po kolei wskazywał palcem na osoby. – Prouffner, Librandett, Leohardt.- Pominął bestię, która ciągle nawiedzała mi głowę.
- P-prawdziwych? Co ma P-pan na myśli? – Lekki uśmiech znów przyozdobił jego twarz. Wskazał palcem na zaszlachtowaną parę.
- Jesteś Ota Leohardt. Syn Seulo i Sary, prawowity właściciel karty cesarza i cesarzowej. Nieważne co będą próbowali ci wmówić, zapamiętaj to. Zatrzymaj zdjęcie. Będzie ci przypominać o jakie wartości walczył twój ojciec i kto wsadził mu nóż w plecy. Nigdy. Nie ufaj. Prouffnerom. – Oddał mi fotografię i wstał z kanapy. Miałem pytania. Miałem dużo pytań.
- A ten czarnowłosy? Wie Pan coś o nim? To on nawiedza moje sny, nie blondyn. – W końcu odważyłem się odezwać i przedstawić swój punkt widzenia. Nieznajomy widocznie spochmurniał. Wstał z kanapy i zaczął iść w kierunku wyjścia. Podążałem za nim.
- Lepiej dla ciebie, jeśli nie znasz tego nazwiska ani imienia. Jedyne co wprowadzał, to chaos. Koszmary przejdą, każdemu w końcu przechodzą. Nie daj się zgłuszyć, Ota. Masz siłę, żeby przeżyć to co nadchodzi, twoi rodzice o to zadbali. Wytłumaczę ci kiedyś jak działają karty, ale do tego czasu muszę się ukrywać. Żegnaj, Ota. – Wyszedł za drzwi. Natychmiast je otworzyłem, ale zniknął, jakby się rozpłynął. Na wycieraczce zaskoczyły mnie spore plami krwi. Skąd one się tu wzięły? Nie byłem już niczego pewien.
                Minął dobry kawał czasu. Leohardt to moje prawdziwe nazwisko, byłem pewien. Mój starszy brat o niczym nie wiedział, nie musiał. Zamierzałem go chronić, tak samo jak ojciec chronił inne karty. Odkąd odziedziczyłem cesarza i cesarzową wiedziałem, że będę musiał ich chronić. Nawet młodego Prouffnera. Nie jesteśmy winni błędów naszych rodziców, złotowłosy był niewinny. Byłem wdzięczny swoim ,,zastępnikom’’ jednak to tyle. Nie czułem do nich przywiązania. Rząd próbował mnie naprawić, jednak nie byłem zepsuty. Miałem coś do powiedzenia światu. Stałem się aktywnym graczem tych pieprzonych, wielowymiarowych szachów. Złożyłem pistolet 5.7 USG. Musiałem pozbyć się świadków. Musiałem.
                - Ota, wszystko w porządku? – Zapytała kobieta z kuchni. Musiałem zachowywać się dziwnie, kto by tak się nie zachowywał w tamtym momencie? Wiedziałem wszystko, co musiałem wiedzieć. To był początek nowej ery. Podszedłem do niej na bliski dystans, broń trzymałem za plecami. Okłamywała cię. Moje źrenice się rozszerzyły. – Ota? – Jedną dłonią złapałem ją za twarz i zakryłem usta. To nie ona… Zmarszczyłem brwi i powieki. Pociągnąłem za spust. Strzał był cichy i zabójczy. Nie kontrolowałem łez spływających po moich polikach. Byłem Otą jakiego sami sobie stworzyli. Mężczyzna spał na swoim fotelu. Zajęło dłużej niż sądziłem. Wahałem się. To nie był dobry znak. Pocałowałem go w czoło, a następnie przyłożyłem lufę z tłumikiem do jego skroni. Strzał. Już nigdy się nie obudzi.
- O-ota? C-co s-się t-tutaj d-dzieje? – Drżący głos zapytał, dochodził zza moich pleców. Odwróciłem się żeby zobaczyć swojego brata. Upadł na kolana, a całe jego ciało drgało. Podbiegłem do niego i przytuliłem, też upadając na podłogę.
- Ćśś… tak musiało być, Vernon. – Gładziłem jego włosy i plecy, kiedy on przeczepił się mocno mojego ciała. Musiałem chronić, nawet jeśli to ja byłem tym młodszym.
- D-dlaczego? C-co ci zrobili n-nasi rodzice? – On nie rozumiał. Nie musiał, naprawdę nie musiał.
- To nie nasi rodzice, Vernon.
- A-a-ale…
- To nie oni, Vernon. Nasi umarli wcześniej. A oni? Oni dopiero teraz. Okłamywali nas, Vernon. – Momentalnie atmosfera mi się udzieliła… Ja… Co ja właściwie zrobiłem…? Okłamywali nas, ale… nie powinienem był… Vernon nie mówił nic, tylko płakał. Czułem krew na swojej skórze. Był to ich wybór. Czy zasługiwali na drugą szansę? No właśnie… nie wiem… - Przepraszam, Vernon. Spieprzyłem.
                Obudziłem się. Wszystko było tylko snem. Nie chciałem, żeby mój brat cierpiał. Ja… nie chciałem żeby coś stało się moim przybranym rodzicom. Byłem wściekły z powodu swojej bezradności. Potrzebowałem wymyślić inny plan. Inny schemat swych działań.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

I. Kain i Abel

VI. Obusieczna obojętność

II. Dajcie mi się wreszcie poddać...