III. Czemu czuję się winny?!


Głupiec, Hideaway

                Od tamtego czasu minął tydzień. Dokładnie siedem dni temu wystawiłem swoje życie na szalę. W którą stronę miała się przechylić? A żebym to ja kurwa wiedział. Bez ryzyka nie ma zabawy, co? Liczyłem na to, że Bóg da mi szansę na zemstę, chociaż zsyłając na mnie koszmary dawał po sobie poznać, że jednak popełniłem błąd. Zaoferował nam w końcu wolną wolę, prawda? Po prostu z niej skorzystałem. Balansowałem na granicy dobra i zła.
                Nie potrafiłem o niej zapomnieć. Miałem w głowie potworną masę pełnych bólu wspomnień. Pachniała jak świeży sok z pomarańczy. Czułem nadal delikatność jej skóry, kiedy to jeździłem po niej palcem, gorący oddech na mojej szyi w zimne wieczory i biały uśmiech, wtedy pełen szczerości. Powiedziałem jej tylko jedno zdanie: ,,Nie zawiedź mnie.’’ Uciekła. Próbowała zostawić mnie w tyle, nie kochała mnie. Wierzyłem w to, że tylko się pomyliła. Pomyłki to przecież taka ludzka rzecz. Wybaczyłem jej. Kiedyś zniknęła z oczu mi, przyszła i pora na nich. Czy nie było ci razem dobrze? Wypuściłem ją. Wystawiłem jako swoją piękną rzeźbę, aby nakarmić zgłodniałe sztuki oczy świata. Zapach spalenizny udowadniał mi, że pomarańcze zgniły, a oddech zniknął. Jaka jest kara dla zdrady? Może inaczej, jaka powinna być? Ja? Ja nie miałem żadnej. Przecież ją wypuściłem. Zanosiłem się łzami, ale zwróciłem jej wolność. Nie była tą. Nadal nie była tą.
                Byłem w domu kiedy się dowiedzieli. Odkrywałem tajemnice głupca, którego zostawiła mi matka. Judgement nie rozmawiał ze mną od czasu naszego dialogu w samochodzie. Trochę liczyłem na to, że w końcu się odezwie. Karta tarota nie skrywała większych tajemnic niż materializacja tandetnych ubrań i specyficznych sztyletów. Trochę się zawiodłem. Naprawdę? Chciałem dostać coś w rodzaju przejmowania kontroli nad innymi czy coś, bo wtedy mógłbym eksperymentować na tak wielu płaszczyznach… Driftowanie autobusem na jakimś rondzie albo lądowanie samolotem tyłem na Florydzie… co ja bym dał za taką potęgę? No cóż, teraz zdawało się to nierealne. Nigdy nie oglądałem telewizji, ale tym razem wiedziałem co się szykuje. Butelka świeżo-schłodzonej wódeczki stała na stole, a obok niej jakieś chipsy i sok pomarańczowy. Relaks marzeń, a jednak, czułem się spięty. Odkąd zostałem znów sam, nie potrafiłem czuć bezpieczeństwa we własnym domu. Już od dziecka miałem skrzywioną psychikę, zresztą, kto normalny poszedłby na antropologię? Właśnie. Skupiłem się na telewizji. Przełączyłem kanał na informacyjny i cierpliwie czekałem na wzmiankę o Nashville. Od tamtego czasu nie sprawdzałem żadnych forów ani niczego w tym stylu, nie chciałem psuć sobie niespodzianki. ,,Czy całe miasto spłonęło? Czy pożar może jednak ugaszono? Tego dowiem się już za chwilę!’’ – Pomyślałem, zajadając się chipsami. Nie mogłem wytrzymać z ekscytacji. Ile dni może minąć zanim nazwisko Drainashe pokażą w krajowej telewizji? A kto by wiedział. Czy zawsze jest tak dużo reklam? Chciałem tylko obejrzeć wiadomości, po cholerę mi reklama tamponów? Albo kibli? Chociaż muszę przyznać, ta druga faktycznie mnie bawiła, nawet nie wiem czemu. Momentalnie moje oczy się rozszerzyły. Czułem… czułem jakbym tam był. Patrzył na ten ogień we własnej osobie. Był taki.. realny. Łzy zaczęły zbierać mi się w kącikach. Na twarzy jednak miałem uśmiech. Poczułem potęgę. Moc tak silną i kuszącą jak podczas wyciągania sztyletów. Przez chwilę wydawało się, że mogę wszystko, że jestem wszystkim. Jestem Bogiem.
- Coś ty narobił, William. – Usłyszałem znajomy głos z tyłu głowy. Szybko się odwróciłem i go zobaczyłem. Judgement. Ubrany w to samo co wtedy, jednak tym razem bez krwi. Wyglądał normalnie, jakby to co stało się tydzień temu było tylko złym snem. Oparł ręce na oparciu mojej sofy. Uśmiechał się. – Wiesz, że rozpętałeś piekło?
- Za każdym, jebanym, razem. Możesz się tak po prostu za mną nie pojawiać? To trochę straszne. – Oznajmiłem roztrzęsionym głosem. Naprawdę mnie przeraził.
- Wtedy nie miałbym elementu zaskoczenia, prawda? Zresztą, nie odpowiedziałeś na pytanie. – Napierał. Przeskoczył górą nad oparciem i wylądował plecami na sofie. Wszystkie jego ruchy jakby mówiły, że niczym się nie przejmuje, że jest ponadto.
- To nie ja rozpętałem piekło, Judgement. To wszystko zaczęło się od Eleanor i Phineasa. Po prostu dostosowuje się do warunków. Czuję, że gram w grę. Cały świat to moja plansza, a ja wykonuje ruchy i adaptuje swoją strategię do okoliczności. To męczące, ale takie życie wybrałem. – Wyrzuciłem z siebie totalnie szczerze.
- W sumie cię rozumiem, a przynajmniej porównanie życia do gry. Ale nie uważasz, że posuwasz się za daleko? Jeśli zostaniesz złapany, to koniec. Lądujesz za kratkami. Czy to wszystko jest tego warte?
- Życie jest w cholerę nudne, Judgement. Tak to mam się czym zająć, wiesz? Zresztą, nieważne jak bardzo będę chciał ci to wytłumaczyć, to nie zrozumiesz. Mam nadzieję, że przynajmniej nie będziesz wchodzić mi w drogę, bo jeśli tak, to będę musiał cię usunąć. – Na tę odpowiedź się zaśmiał. Jedną dłoń trzymał na swoim brzuchu, natomiast drugą odgarniał grzywkę z czoła.
- Spokojnie, nie zamierzam ci przeszkadzać. Baw się, Will. Jestem po twojej stronie. – Huh? Zanim jednak zdążyłem zapytać co oznacza ,,jestem po twojej stronie’’, zniknął, zostawiając za sobą plamę krwi na mojej kanapie. Szybko zakryłem ją jakimś kocem. Miałem dużo pytań, ale wiedziałem, że on nie zamierza na nie odpowiadać. Świat nie przestaje zaskakiwać, co? Zwróciłem uwagę z powrotem na ekran. Nagłówek mówił: ,,Przerażające doniesienia z pożaru w Nashville!’’. Twarz prezenterki odgrywała całą gamę przeróżnych emocji niczym pantomima.
- ,,Pożar w Nashville, Tennessee jest pod kontrolą i w przeciągu paru następnych godzin zostanie ugaszony’’ – zapewnia nas lokalna straż pożarna. To, co jest jednak najbardziej przerażające, to obecność zwęglonego ciała wśród zgliszcz lasu. Policja prowadzi dochodzenie w tej sprawie, natomiast okoliczna społeczność wydaje się być przekonana że to zaginiona kobieta, Kate Glassner, pochodząca z miasta Hideaway niedaleko Nashville. Czekamy na oficjalne informacje od policji. -  Byłem wściekły na to, w jaki bezduszny sposób zostało wypowiedziane jej imię. Zasłużyła na wiele, wiele więcej. Phineas mnie do tego zmusił. Zawsze mnie do czegoś zmuszał, zawsze do czegoś okropnego. To była moja kolej. Poświęciłem za dużo, żeby teraz odpuścić. Zamierzałem stać się jego najgorszym koszmarem. Zamierzam mu pokazać kogo gnębił cały ten czas. Momentalnie usłyszałem pukanie do drzwi. Szybko chwyciłem pilot do telewizora i nacisnąłem czerwony przycisk. Poprawiłem na szybko włosy i koszulę w kratę. Podszedłem bliżej i z przyjaznym uśmiechem je otworzyłem.
- Witam panią serdecznie w ten piękny wieczór! – Zacząłem kiedy w drzwiach zobaczyłem swoją uczennicę. Miała długie, blond włosy, zupełnie jak Kate, które po prostu uwielbiałem. Założyła karmazynową, aksamitną suknię. Wyglądała idealnie.
- Nie mogłam się oprzeć twojemu urokowi, niestety. Mogę wejść?
- Ależ oczywiście. – Wycofałem się do pomieszczenia i gestem dłoni zachęciłem do wejścia. Potrzebowałem ucieczki, nawet jeśli nie pamiętałem jej imienia. Nie potrafiłem przestać myśleć o Harren, stwierdziłem że tak tego nie zostawię. Pomogę jej. Bo kto inny miałby to zrobić? Ale na razie miałem tę piękną niewiastę, która właśnie wkroczyła do mojego apartamentu. Musiałem ją zaspokoić.
                Była godzina 9:00 następnego dnia. Piłem herbatę z dodatkiem małej ilości alkoholowego trunku w pokoju wraz z innymi nauczycielami. Kiedy rano przyjeżdżałem na uczelnię, zauważyłem że plakaty dotyczące zaginięcia Kate zniknęły, zupełnie jakby się nagle znalazła. Dlaczego wszyscy z góry założyli, że to ona? Równie dobrze to mógł być ktoś zupełnie inny. Oczywiście, ja znałem prawdę, ale nadal ciężko było mi to zrozumieć, nawet jako antropologowi. Ostatecznie okazało się, że plakaty pozrywali nauczyciele, ponieważ leżały one na kupce, na stole w pokoju nauczycielskim. Żadne zdjęcie nie potrafiło oddać jej prawdziwego, naturalnego piękna.
- William, jesteś pewny że nie chcesz wziąć sobie wolnego? Najpierw pogrzeb matki, a teraz to. W końcu była twoją uczennicą, nikt nie miałby ci tego za złe. – Przerwał w końcu trwanie w ciszy jeden z wykładowców, Theodore. Nie mogłem dać po sobie poznać, że ta sprawa mnie dobija. Nic nigdy nie sprawiało mi problemów w pracy i tym razem nie chcę, żeby to się zmieniło.
- Nieszczęścia chodzą po ludziach, Theodore. Carpe Diem. Nie jestem człowiekiem, który jest smutny tylko z nieszczęścia swoich bliskich albo radosny z ich osiągnięć. Żałuję wszystkich, albo nikogo. Kate była moją uczennicą, ale co więcej mogę z tym zrobić? Nic nie leży w mojej mocy, reszta to sprawa policji. Zresztą, nawet jeszcze nie wiadomo że to konkretnie ona. – Odparłem trochę przekłamując rzeczywistość.
- Nie oglądałeś rano wiadomości? Policja jest praktycznie pewna, że to panienka Glassner. – Zdziwiłem się. Tak szybko? To nie było praktycznie możliwe, tym bardziej jeśli ciało było zwęglone. Kto potrafiłby z takim pośpiechem i odpowiedzialnością stwierdzić, że to ona? Coś mi nie grało, coś zdecydowanie było nie tak.
- N-nie. Nie oglądałem. Dziękuję za wiadomość, Theodore. Tak czy siak, nie potrzebuję żadnej przerwy, dam sobie radę tak jak robiłem to do tej pory. Dzięki za troskę. – Dopiłem napój i pewnie postawiłem pusty kubek na stole przed sobą. Wszystko działo się za szybko. Miałem przeczucie, że na przestrzeni dwóch dni dostanę telefon, bo przecież Phineas nie miał nikogo innego. Chciałem też pomóc Harren i ponadrabiać stracony czas z Philipem, czułem że byłem mu to winien. Dzisiejsze zajęcia planowałem przelecieć na autopilocie, czyli popatrzeć na piękne kobiety, pognębić tych leszczy którzy próbują pajacować na lekcjach et cetera. Wiedziałem, że nie będę potrafił się skupić na niczym innym niż Kate i Phineas. Było to całkiem przyjemne, nowe doświadczenie kiedy sam zmusiłem siebie do zmiany podejścia. W końcu nie było tutaj miejsca na śmiech i docinki. Do teraz zastanawiałem się dlaczego policja mnie nie szuka, bo przecież pobiłem człowieka i uciekłem. Czy to za sprawką Judgementa? Chociaż niekoniecznie było to po mnie widać, to on jako jeden z niewielu napełniał mnie strachem. Wiedział dużo, za dużo. Mógł robić rzeczy niemalże wyrwane z jakiegoś show dla nastolatków, a przy tym wszystkim zachowywał nonszalancję i swój lekki styl bycia. Czy kiedy używam głupca też taki jestem? Dlaczego moja ,,moc’’ to tylko materializacja nijakich sztyletów i ubrań? Życie było dla mnie niesprawiedliwe w każdej możliwej dziedzinie. Chciałem aby dzisiejszy dzień balansował między chaosem a spokojem, jakie wywoła po kolei spotkanie z Philipem a potem Phineasem. Wszedłem do sali i powoli zacząłem przygotowywać się do zajęć. Nagle usłyszałem czyjeś kroki, obróciłem się na pięcie i ujrzałem tę samą niewiastę, która wczoraj jeszcze grzała moje łoże. Uśmiechała się, a swoje ręce oparła na moich barkach.
- Dzień dobry, Will. Jak ci się spało? – Zaczęła uwodzicielskim głosem. Myślałem, że zwymiotuję. Po co ja to w ogóle zrobiłem? Wiedziałem, że to nie będzie ona. Brzydziłem się sobą jak i nią. Zrzuciłem jej ręce z moich barków i przybrałem zdenerwowaną mimikę.
- Na uczelni zachowuj się normalnie jak uczennica. Nikt nie może się dowiedzieć, jasne? -  To było poniekąd pytanie teoretyczne. Jeśli ktokolwiek by się dowiedział, to wyrzucili by mnie z uczelni, a na to nie mogłem sobie pozwolić. Stracenie źródła stałego dochodu w takiej sytuacji w której jestem to jedna z najgorszych rzeczy jakie mogłyby mi się teraz przydarzyć. Dziewczyna z przygnębioną twarzą odsunęła się i przytaknęła, a następnie usiadła na swoim miejscu. Niedługo potem do pomieszczenia zaczęli po kolei napływać studenci.
- Słyszał pan o Kate? – Poleciało pytanie z tłumu. Jak miałbym nie słyszeć? To dzięki mnie mogliście ją w ogóle odnaleźć.
- Tak, słyszałem. Carpe Diem, młodziaki. Na przykładzie Kate możemy zauważyć, że to powiedzenie ma ogromnie dużo sensu jeśli pomyśli się o tym że jutro nigdy jest obietnicą, ale nadzieją, której wszyscy chcemy dożyć. – Jedni mogliby powiedzieć, że jestem bez serca, natomiast ja tak nie uważam. Każdy musi kiedyś umrzeć. Lepiej zrobić to w momencie, kiedy twoja dusza jest w szczytowym punkcie, niesplamiona grzechem ani plugastwem pochodzącym z mrocznych głębin tego świata. Byłem pewien, że to był odpowiedni moment dla Kate. Wierzyłem w to, że jeśli spotkalibyśmy się w niebie, to by zrozumiała i wybaczyła. Wszystkie by tak zrobiły. Tylko ja potrafiłem w pełni docenić to, czego same w sobie nie widziały. Uwalniałem anioły z ich zwierzęcej postaci. Dawałem czystość, na jaką zasługiwały. Tylko dlaczego? Dlaczego żadna z nich mnie nigdy nie kochała? Bóg ze mnie kpił. Śmiał się z mojego lamentu, zsyłając coraz to kolejne piękności. Chciałem wierzyć w to, że kiedyś zostanę wynagrodzony. Dostanę to, czego tak bardzo odkąd pamiętam łaknę.
                Zajęcia się skończyły. Ułożyłem się wygodnie z nogami opartymi o dębowy blat i co chwilę pociągałem łyk z zimnej piersiówki. Musiałem przyznać, że było ciężej niż myślałem. Dużo dziewczyn przypominało mi o Kate, promieniowały radością w podobny do niej sposób. Moje dłonie zaczęły się trząść, lecz nie wiedziałem od czego. Czy moje ciało miało dość bycia pod ciągłą presją? Jeśli tak, to nie miało prawa narzekać, mój umysł czuł to samo. Ludzie to piękne istoty. Tak skomplikowane w swej prostocie, iż nawet ponad zwyczajni psychologowie mają czasami trudności określając co czujemy. Bo co właściwie czujemy? Strach, miłość, złość i szczęście? Czemu ktoś kiedyś wpadł na pomysł, by ponazywać te emocje? Pewnie chciał, żeby było łatwiej je rozróżniać, ale czy tak naprawdę jest łatwiej? Stany emocjonalne są jak kolory, z kilku podstawowych powstają coraz to nowsze i bardziej zaskakujące. Jakie oczekiwania należy spełnić, aby być normalnym? Normalność? Hahahaha! To pojęcie względne jak kurwa wszystko w tym świecie. Ja nie spełniałem normalności dla wielu osób, w tym własnej rodziny, a jednak. Przetrwałem. Patrzyłem, jak innych pożera ogień, kiedy ja w swej koronie siedzący wygodnie na tronie wyśmiewałem lenników systemu. Pieprzyć system. Pieprzyć ludzi którzy go tworzą, nawet jeśli są ludźmi. Bo to jest piękne, prawda? To jak bardzo potrafimy nienawidzić siebie nawzajem, a i tak kochamy się w czasie zagrożenia. Mój umysł był chaosem. Początkiem i końcem wszystkiego, co tworzy Williama Drainashe.
- Nie powinieneś tyle chlać, wiesz? Lubisz sobie krytykować ludzi na głos po alkoholu, a ja z reguły nie lubię się za ciebie tłumaczyć. – Mężczyzna o czarnych, krótko ściętych włosach ubrany był w szary garnitur. Nosił okulary z okrągłymi, ciemnymi oprawkami, a jego mimika zdradzała, iż mój widok w takim stanie go obrzydził. To był Philip Voile, jeden z moich przyjaciół.
- Nie mogłem się oprzeć. Dobrze wiesz, że trudy codziennego życia mnie dobijają. Nic ciekawego się w tym Hideaway nie dzieje. – Odparłem nijako. Mężczyzna zamknął za sobą drzwi do pomieszczenia.
- Może w Hideaway nie, ale za to Nashville ma roboty ponadto. Jak myślisz, co twoja uczennica tam robiła i kto mógł to zrobić? Lubisz teorie spiskowe, może to czas żebyś przedstawił jakąś swoją? – Z półuśmiechem zapytał siadając naprzeciwko mnie.
- Tym razem nie mam żadnej. Prawdopodobnie została zamordowana, jeśli miałbym strzelać.
- Nie uważasz, że to trochę niefortunny dobór słów? – Zwrócił mi uwagę. Dopiero po kilku sekundach zrozumiałem.
- Oh, faktycznie. Nieważne, teraz już za późno. Muszę zadbać o tych studentów których mam pod swoją opieką. – Zdjąłem nogi z blatu, a następnie zszedłem z krzesła i poprawiłem czarno-żółty sweter. Schowałem piersiówkę do kieszeni jeansów.
- Nie uważasz, że czasy w których byliśmy obydwoje po prostu artystami zarabiającymi na życie i widzącymi wszystko inaczej od reszty były świetne? Czasami marzę po prostu, żeby do nich wrócić. – Rozmyślał na głos z rumieńcami na policzkach. Automatycznie się uśmiechnąłem.
- Ty nadal to robisz, Philip. To ja się po prostu wykruszyłem. Gdybyś te kilkanaście lat wcześniej zapytał mnie dlaczego, pewnie bym ci odpowiedział, ale teraz ni cholery nie wiem. Pewno chciałem być antropologiem, ale to nie oznaczało że nie mogłem dalej grać. Z drugiej strony, nie byłem nawet zbytnio dobry..
- No, to akurat prawda, byłeś do dupy. Ale hej, liczą się chęci, co? Kiedy cały swój ból przelewasz w muzykę, nie patrzysz na obiektywną ocenę, bo takiej po prostu nie ma, a jak ktoś próbuje ci wmówić że jest to jest niczym innym niż podążającym ślepo za innymi glonojadem. – Zaśmiałem się. Kiedyś faktycznie przelewałem cały swój ból w muzykę. A teraz? Co ja z nim teraz robiłem? Coś o wiele bardziej destrukcyjnego.
- Po pierwsze: pierdol się. Po drugie, też tęsknię, wiesz? Ale teraz mam dużo na głowie. Śmierć mojej matki, potem śmierć mojej studentki… ciężko się w tym dobrze odnaleźć.
- Olewałeś moje telefony, więc potrafię w to uwierzyć. A relaksujesz się jakkolwiek? Oczywiście w normalny sposób mi chodzi, nie o twoje, idiotyczne często, pomysły wprowadzenia czystej anarchii. – Prychnąłem ze złości.
- Sam kiedyś miałeś takie same! Hipokryta. Teraz jak tak o tym myślę, to średnio. Od czasu do czasu wyjdę na jakiegoś drinka z kimś, ale na tym się kończy. Ostatni raz nie udawałem radości kiedy byliśmy na koncercie Harren jakieś dwa tygodnie temu. Nigdy nie przestało mnie ciągnąć do sztuki. – Odpowiedziałem zgodnie z prawdą. W międzyczasie pakowałem wszystkie swoje rzeczy do torby, bo wiedziałem że zaraz pewnie pojedziemy do jakiejś kawiarni porozmawiać. Musiałem przyznać, rozmowy z Philipem były najszczerszymi jakie kiedykolwiek przeprowadzałem w swoim życiu. Był moim kołem ratunkowym, kiedy już nie dawałem rady. Mimo tego, nadal nie mogłem mu powiedzieć o wszystkim. Nie zrozumiałby. Znienawidziłby mnie, a na to nie mogłem sobie pozwolić.
- Wiem. Byłeś za bardzo radosny tym wszystkim, żeby cię to nie kręciło, staruszku. Teraz nigdy ci nie wybaczę, że mnie zostawiłeś. Jest mi tak cholernie przykro, wiesz? Płakałem po nocach. Czułem się tak cholernie samotny, a ty nawet nie potrafiłeś zadzwonić. – Zakrył twarz swoimi dłońmi. Jego głos drżał, był bardzo niestabilny. Zmarszczyłem brwi i podszedłem bliżej.
- Staruszku? Sam jesteś tylko dwa lata młodszy. Nie udawaj, wiem że tak nie było, bo przecież kurwa dzwoniłem. – Położyłem dłoń na jego ramieniu, a ten zaczął się momentalnie podśmiechiwać.
- Dałeś się na początku złapać, prawda? Wyczułem od ciebie moment zwątpienia. No cóż, nie powiedziałem że ja jestem młody. Tak czy owak, chcesz może tę rozmowę na temat złych wyborów życiowych i zostawieniu swojego przyjaciela samego na morzu pełnym rekinów przenieść w jakieś przyjemniejsze miejsce? – Zapytał już ze swoim codziennym uśmiechem i pozytywnym nastawieniem. Wziąłem spakowaną torbę i przełożyłem ją przez ramię.
- Jasne. Poczekasz na parkingu? Muszę jeszcze odwiesić klucz od sali. Zresztą, nawet nie musisz czekać, jedziemy tam gdzie zawsze prawda?
- Jeśli chcesz jechać gdzieś indziej to słabo, bo zaprosiłem też jedną moją koleżankę do Terry’s i teraz wstyd by mi było jej powiedzieć, że jednak nie idę. – Puścił do mnie oczko. Głośno westchnąłem. To pierwszy raz kiedy zaprosił kogoś oprócz mnie. Z jednej strony byłem ciekawy, z drugiej wiedziałem, że to nici z poważnej rozmowy jaką lubiłem z nim prowadzić.
- Nie, nie chcę. Terry’s może być. Ty i kobiety? Myślałem, że jesteś gejem przez większość swojego życia, nie zmieniaj mojego poglądu, proszę! Wystarczy mi zmian ostatnio. – Złożyłem dłonie jak do modlitwy i z błagającym wzrokiem popatrzyłem na niego. Mogłem wytrzymać tylko kilka sekund po których parsknąłem śmiechem.
- To akurat prawda, nie przepadam za towarzystwem kobiet, ale ta jest wyjątkowa. Przekonasz się. Odwiesisz ten klucz dzisiaj czy mam przyjechać jutro? – Zapytał przekornie. Przeszyłem go swoim spojrzeniem po czym przytaknąłem i ruszyłem w stronę pokoju nauczycielskiego. Tego dnia ktoś jeszcze miał wykład w tej sali, więc po prostu wszedłem i zostawiłem kluczyk na stole. Nikogo nie było, dlatego szybko zamknąłem za sobą drzwi na klucz, który wrzuciłem do kieszeni obok portfela i kluczyków do samochodu. Minęło może kilka minut zanim dotarłem na parking uniwersytetu. Philip stał oparty o swoje auto zaparkowane równolegle do mojego i kręcił kluczykami na palcu wskazującym.
- Nie śpieszyło ci się, co? – Zaczepił mnie Voile. Niewiarygodnie dużo mnie dzisiaj pośpieszał.
- A co ty dzisiaj taki kurwa pośpieszny? Zostało ci dziesięć godzin życia czy co? – Nie wytrzymałem i musiałem w końcu zapytać. Uśmiechnął się cwaniacko i wystawił język.
- Maksymalnie dwie. – Udawał przez chwilę że płacze. Uderzyłem dłonią w czoło. – Sprawa jest taka, że ta koleżanka o której ci mówiłem jest już na miejscu i nie chciałbym żeby za długo siedziała sama. Wiesz jak to jest.
- Wolałem cię za czasów gejostwa. – Rzuciłem zanim otworzyłem swój samochód i do niego wsiadłem.
- Wolałem cię za czasów młodości… - Odgryzł się po czym wsiadł do swojego, czerwonego samochodu. Opuściłem szybę od strony kierowcy żeby usłyszeć co do mnie mówi. – To co, ścigamy się?
- Przed chwilą waliłem wódkę z piersiówki, więc odpowiedź jest oczywista. – Przerwałem na sekundę. Spoliczkowałem się żeby trochę otrzeźwieć i już po chwili byłem w szczytowej formie. – Zaczynamy równolegle z bramy.
- Tak jest, kapitanie. Życzę powodzenia i udanego wyścigu. – Rzekł jeszcze przed zamknięciem okna. Byłem przekonany, że wygram. Przecież jestem zajebistym kierowcą, prawda?
                Stało się to, co się miało stać. Trochę mną rzucało, ale ostatecznie opłacało się podjąć ryzyko. W międzyczasie zaczęło padać, więc pogoda też nie pomagała. Wjechaliśmy pełną parą na parking i niechlujnie zaparkowaliśmy koło siebie. Cieszyłem się, że Core w noc pobicia przekazał mój samochód policji, bo ciężej byłoby odzyskać go z jego podwórka. Napompowany adrenaliną i podekscytowany wyszedłem z auta i zatrzasnąłem za sobą drzwi. Voile walił teraz dłonią zaciśniętą w pięść o dach samochodu, widać było że był zdenerwowany swoją przegraną.
- Nie martw się, jestem znany z wygrywania wyścigów samochodowych. – Położyłem dłoń na jego plecach i go pocieszyłem. Mężczyzna głośno westchnął.
- Co to o mnie mówi jako kierowcy kiedy przegrywam z pijanym staruszkiem? Cholera. – Zamęczał się tym bardziej niż przewidywałem. Pstryknąłem go palcami w nos.
- W końcu mam dwa lata doświadczeń więcej, nie? Nie zadręczaj się, kiedyś wygrasz. Może. – W wolnym tempie ruszyliśmy w stronę frontowych drzwi kawiarni. Cały budynek był drewniany z marmurowymi elementami, nie był to wystrój wycelowany w mój gust, ale nie musiał być, wystarczyło że mieli dobrą kawę oraz wypieki. Philip szedł przodem i otworzył mi drzwi. Wszedłem do środka i zacząłem rozglądać się za tą wcześniej wspomnianą koleżanką.
- Hej, tam siedzi! Mógłbyś na chwilę porozmawiać z nią sam na sam? Mam ważny telefon z pracy i muszę odebrać. Dasz sobie radę! – Poklepał mnie po plecach i w pośpiechu wybiegł z budynku. To było niespodziewane, ale cóż, nie miałem chyba nic przeciwko. Wszedłem głębiej i zauważyłem blondynkę z włosami związanymi w kucyk białą chustą. Skądś kojarzyłem ten wygląd.
- Ty jesteś tą koleżanką Philipa? – Pierwszy zadałem pytanie nim ujrzałem jej twarz. Obydwoje zastygliśmy w szoku. To ona była tą koleżanką? Czy to był ostateczny sposób Boga na zaśmianie mi się prosto w twarz?
- W-william? – Nie wiedziałem czy to było stwierdzenie, czy pytanie. Niepewnie usiadłem naprzeciwko niej i starałem uśmiechać.
- C-cześć, Leah. Trochę niezręcznie, co?
                - J-jakim cudem? Czy ciebie czasem nie zatrzymała policja? – Nachyliła się w moją stronę i mówiła szeptem. Inteligentnie. Co miałem jej odpowiedzieć? ,,Wyciągnęła mnie karta tarota, a dokładniej Judgement. A i przy okazji, ty też nią jesteś.’’? Dostałaby szoku i zemdlała czy coś. Nie wiedziałem na co liczyć. Wyda mnie z powrotem policji? A może jednak będziemy mogli normalnie porozmawiać? Sytuacja była bardzo dziwna.
- Wypuścili mnie po tym jak wytłumaczyłem sytuację. Mam tylko jedno pytanie, jeśli zechcesz na nie odpowiedzieć. Dlaczego wtedy do mnie strzeliłaś? – Też mówiłem szeptem, bo chociaż nikogo nie było, nadal pozostawali pracownicy. Nagle jej szare oczy posmutniały. Stały się puste. Kilka sekund siedziała w ścisłej konsternacji. W kącikach oczu dziewczyny zebrały się łzy.
- P-przepraszam. Zaatakowałeś mojego brata, co miałam zrobić? Kiedy na ciebie patrzyłam, wyglądałeś jakbyś był gotowy go zabić. – Bo byłem. Widziałem w nim Phineasa, byłem gotowy zadać mu największe kary cielesne jakie udawało mi się przypomnieć.
- Krzywdził cię! Co miałem zrobić, po prostu się patrzeć?! – Byłem zdenerwowany. Czy ta dziewczyna tego nie rozumiała? Za dużo bólu zniosłem na swoich własnych barkach by patrzeć jak ktoś cierpi w podobny sposób.
- Tak! Nie wiesz jaka jest moja sytuacja, więc najlepiej trzymaj się od nas z daleka! Adrian wydaje się być przez ciebie bardziej zły niż kiedykolwiek. – Symultanicznie spojrzałem na jej ręce. Nosiła granatową koszulę, jednak udało mi się ujrzeć przez dziurki w rękawach siniaki.
- Byłem tam gdzie ty, Leah. Naprawdę. Jeśli zapytasz Philipa co przeszedłem ze swoim bratem, opowie ci w szczegółach każdą ranę jaka kiedykolwiek pojawiła się na moim ciele przez niego. Nie mogę pozwolić na to, abyś ciągnęła to brzemię dalej sama. Daj sobie pomóc! – Łza pociekła po jej policzku. Czy do niej jakkolwiek dotarłem? Wątpiłem w to. Wyrwanie osób z takiej pełnej cierpienia rutyny było ciężkie, a przynajmniej tak słyszałem.
- Nie mam wyboru, William. Bez niego nie mam nic. Jestem nikim bez niego. – Chwyciłem ją za dłoń momentalnie. Dlaczego to zrobiłem? Nie miałem pojęcia. ,,Bo chciałem’’ to najlepsza odpowiedź na jaką umiałem się wysilić. Byliśmy zupełnie inni, chociaż tak podobni. Ja byłem przekonany, że kiedy Phineas zniknie to moje życie wyjdzie na prostą, ona natomiast boi się stracić swojego oprawcy. Czy to był syndrom sztokholmski? Prawdopodobnie przesadziłem, ale sytuacja wpasowywała się w opis.
- Wiem, że nie mam prawa tak mówić, że w ogóle się nie znamy, a ty być może widzisz we mnie kogoś, kto chce odebrać ci brata, jednak nie jesteś nikim, Leah. Mówiłaś, iż niebieski i biały to twoje kolory, prawda? Masz swoich fanów, fizycznie nie są z tobą, jednak psychicznie każdy jeden z nich cię wspiera. Wiem jak to może zabrzmieć, ale… masz też mnie. Też jestem twoim fanem i osobą, która widzi w tobie podziw. Pozwól sobie pomóc. Nie pożałujesz tego, obiecuję ci. – Przez chwilę trzymała swoją dłoń na mojej. Była strasznie zimna. Wpatrywałem się głęboko w jej gołębie oczy. Uśmiechałem się, a jej grymasu nie umiałem opisać. Nagle zabrała dłoń. – L-leah? – Zaczęła grzebać w swojej torebce, a tuż chwilę potem na stole leżała malutka karteczka samoprzylepna i długopis. Nie odezwała się ani słowem kiedy zapisywała coś na kartce. Ostrożnie mi ją podała. Wziąłem kartkę w dłoń i w końcu zobaczyłem, co takiego pisała. Na kawałku papieru znajdował się jej numer z podpiskiem ,,Leah Harren’’.
- D-daj mi to przemyśleć, dobrze? M-mógłbyś też podać mi swój? Kiedy będę pewna, zadzwonię albo napiszę. – Mówiła bardzo cicho i delikatnie, jakby była niewyobrażalnie zmęczona. Patrzyłem na nią z pożałowaniem. To był już pierwszy krok w stronę lepszego życia. Bardzo się cieszyłem.
- Jasne. Jeśli kiedykolwiek będziesz chciała się komuś wygadać, albo po prostu do kogoś przyjść, to nie obawiaj się dzwonić. Zawsze odbiorę, jeśli zobaczę że to ty. – Uśmiechnąłem się najcieplej jak tylko potrafiłem i wziąłem w dłoń długopis. Harren wyrwała z notesu drugą karteczkę samoprzylepną na której mogłem napisać swój numer. Po kilku sekundach podałem jej wiadomość. – Philip długo nie wraca, co?
- Gdzie się poznaliście, jeśli mogę zapytać? Ciekawi mnie to, bo możliwe, że mamy dużo więcej wspólnych znajomych niż myślimy. – Nagle zmieniliśmy temat, kiedy Leah schowała kartkę do torebki, a ja swoją do kieszeni. Nie było potrzeby go kontynuować i wywierać na niej większej presji.
- Jesteśmy starymi, dobrymi znajomymi ze szkoły muzycznej. Kiedyś graliśmy razem duety, ja na pianinie, on na skrzypcach. Nadrabiamy teraz czas, który straciliśmy kiedy byłem poza Hideaway. Teraz jak o tym pomyślę, to nie dziwne, że się znacie, skoro mieszkasz w Hideaway i grasz na tym samym instrumencie co on.
- Oh, nigdy mi nic takiego nie mówił. Rzadko o tobie wspominał w naszych rozmowach.
- Dlaczego miałby to niby robić? Nawet nie wiedział że się znamy i go za to nie winię. Zostawiłem go samego w Hideaway, tego niestety ukryć nie mogę.
- No właśnie. Wspominałeś o swoim bracie. Czy to przez niego? P-przez niego opuściłeś kiedyś Hideaway? – Nie wiedziałem czy chcę rozdrapywać stare rany kiedy to lada moment mogę dostać telefon od policji w Nashville. To był bardzo wąski grunt.
- Tak. Miałem dość tego jak zatruwał moje życie i po prostu wyjechałem, zostawiając go z matką. Ostatecznie nie żałuję, nawet jeśli historia nie ma jako takiego happy end’u.
- A nie ma? W końcu, jesteś tutaj, prawda? Z tego co zdążyłam cię poznać, raczej jesteś szczęśliwy, prawda?
- Szczęście to pojęcie względne, Leah. Dla jednych jestem, dla drugich nie.
- Pytam się o to, jak ty się czujesz, a nie jak inni sądzą. To jak?
- Ja… - Zanim zdążyłem odpowiedzieć, telefon zaczął wibrować w mojej kieszeni. – Przepraszam, muszę odebrać. – Oznajmiłem i ostrożnie wyciągnąłem komórkę. Nawet nie patrzyłem na numer, od razu odebrałem. Byłem przewrażliwiony, jednak czekałem tylko na jedno. Na nazwisko. Na to pieprzone nazwisko.
- ,,Dzień dobry, czy dodzwoniliśmy się do Pana Williama Drainashe?’’ – Kobiecy, nieznajomy głos przemówił martwo.
- Ależ oczywiście, coś się stało?
- ,,Nie jest to sprawa, którą należy załatwiać przez telefon. Mógłby Pan w wolnej chwili podjechać na komisariat policji w Nashville? Jest Pan o to pilnie proszony.’’
- Oczywiście! Już jadę! Czy coś się stało?
- ,,Dowie się Pan wszystkiego na miejscu. Miłego dnia.’’
- M-miłego dnia. – Rozłączyła się. Zaczął boleć mnie brzuch, a ręce trząść. To ten moment. Na pogrzebie powiedziałem mu, że już nigdy się nie zobaczymy, ale kłamałem. Zobaczymy się już dziś. Czy naprawdę chcę to robić? Zeznawać przeciwko niemu? Chyba już na to za późno, prawda? Musiałem mu pokazać, że też potrafię być antagonistą. Musiałem się odwdzięczyć.
- Hej! Widzę, że się rozgadaliście. Czy wy się jakoś czasem wcześniej nie znaliście? – Voile w końcu powrócił do naszej dwójki. Byłem zadowolony, bo to oznaczało, że miałem z kim zostawić Harren. Podniosłem się z siedzenia i otrzepałem ubrania.
- Przepraszam was, ale dostałem ważny telefon i muszę gdzieś jechać. Obiecuję, że jakoś wam to wynagrodzę w najbliższych dniach. – Oznajmiłem moim towarzyszom. Wyglądali na zawiedzonych.
- Kurwa, szkoda. Wierzę, że to naprawdę coś ważnego, skoro opuszczasz nawet mnie. Nie jestem zły, idź. – Odparł na to wszystko Philip. Kamień spadł mi z serca, że zrozumiał.
- Cieszę się, że porozmawialiśmy, William. – Dodała od siebie na koniec Leah. Przytaknąłem i biegiem wypadłem z kawiarni. Myślałem, że zaraz zwymiotuję. Jak ja spojrzę mu w oczy? Jak zamierzam tak okrutnie i chamsko kłamać, obwiniając go o jej śmierć? Nie wiedziałem, nie miałem kurwa pojęcia. Podpisałem pakt z diabłem, podpalając tamten las i zostawiając jego kurtkę na jej ciele. Musiałem wspiąć się na wyżyny aktorstwa i dać przedstawienie warte miliona pieniędzy. Wgramoliłem się do samochodu i zatrzasnąłem za sobą drzwi. Wyciągnąłem z kieszeni piersiówkę i pociągnąłem łyka. Uderzyłem otwartą dłonią w kierownicę.
- Uspokój się, Drainashe! – Krzyczałem sam do siebie. – Uspokój się! Uspokój się! – Krzyczałem i krzyczałem. – Wiedziałeś, że tak będzie! Pierdolony głupku! Karta do ciebie pasuje. – Potrzebowałem wyrzucić z siebie całą nienawiść do moich czynów. Teraz już za późno aby oceniać ich słuszność. Wtedy na pewno były według mnie słuszne. Włożyłem kluczyki do stacyjki. Wziąłem kilka głębokich oddechów i wycofałem samochodem z parkingu. Czułem zimny pot oblegający całe moje ciało. Sweter zaczął drapać mój bolący brzuch i plecy. Byłem żywym wrakiem. Miałem całą drogę do Nashville aby się uspokoić i przygotować. Phineas pozbawił mnie wszystkiego, co miałem. Sprowadzał na mnie tylko rozpacz wraz z nieszczęściem. To była jego należyta kara. Zasługiwał na to o wiele bardziej niż ja, było mu to pisane. Zasługiwał na dożywocie i śmierć jako degenerat, którym był. Moja miłość była za słaba w stosunku do nienawiści, a jednak. Czemu czuję się winny?!
                Moja głowa świeciła pustkami. Dokonałem oczyszczenia, którego potrzebowałem aby działać. Mój samochód wyglądał dziwnie wśród policyjnych radiowozów na parkingu. Posterunek był ogromny, zbudowany jeszcze z czerwonej cegły. Musiałem użyć GPS’a żeby tu trafić, ale w końcu się udało. Wysiadłem z samochodu. Panowała ogromna ulewa wraz z wichurą. Do mojej głowy powoli, lecz skrupulatnie wkradała się panika. Strach, którego nie mogłem cofnąć. Miałem gęsią skórkę. To mogłem być ja. Zamiast niego, siedzącego teraz najpewniej w celi, mogłem być ja. Byłem tylko człowiekiem. Piękną istotą ze zwierzęcymi zapędami. Wszystko było winą Eleanor. Może teraz bym to wytrzymał. Byłem tylko dzieckiem do cholery! Dzieci nie powinny znosić takiego upokorzenia i strachu, jakiego dostarczał mi Phineas. Powinna była coś zrobić. Nie ruszyła ani, kurwa, jednym palcem by coś zmienić! Wcale nie była lepsza! Wbijała we mnie szpilki, które powoli opróżniały z krwi. To nie była moja wina! TO NIE JEST MOJA WINA! TO WINA JEJ! TO WINA JEGO! WIĘC CZEMU? CZEMU TO JA CZUJĘ SIĘ WINNY?!
                Popchnąłem wejściowe drzwi komisariatu do środka. Mokre włosy zarzuciłem na tył głowy i z wypisaną na twarzy obojętnością wyciągnąłem z portfela dowód osobisty. Podszedłem do recepcji.
- Słucham? – To musiała być ta kobieta z którą rozmawiałem przez telefon. Miała krótkie, brązowe włosy oraz okulary o kwadratowych, czarnych oprawkach. Podałem jej dokument tożsamości i nic nie mówiłem. Na mówienie jeszcze miał przyjść czas. – Oh, Pan Drainashe. – Wstała z fotela i wyszła zza okienka. Obecnie stała nieopodal mnie. – Proszę pójść za mną, po drodze wszystko wytłumaczę.
- Oczywiście. – Odrzuciłem, trzymając się blisko za nią.
- Pewnie słyszał Pan o ostatnim pożarze, który udało nam się ugasić?
- Tak, zdarzyło mi się słyszeć.
- W takim razie jestem pewna, że słyszał Pan o odnalezieniu ciała Pani Glassner. – Wzdrygnąłem się na to nazwisko. Dobrze, że tego nie zauważyła.
- Owszem, słyszałem. Co to jednak ma wspólnego ze mną?
- Spokojnie, do tego zmierzam. W wyniku autopsji oraz przeprowadzonego śledztwa znaleźliśmy coś bardzo obciążającego Pana brata, Phineasa Drainashe. Jest on podejrzewany o morderstwo Kate Glassner, a Pan jest jego najbliższą rodziną. – To koniec. Po wszystkim. Wszystkie te dni czekałem tylko na ten jeden, specyficzny komunikat. Mój brat jest mordercą. To jest prawda w którą musiałem uwierzyć i którą musiałem przekazywać innym. On jest winnym. Nikt inny. On. Nikt. Inny.
- M-mógłbym z nim porozmawiać? – Wyrzuciłem z siebie pytanie którego zdecydowanie się nie spodziewałem. Dlaczego sam z siebie miałbym to robić? A co jeśli mu się wygadam? Co jeśli nagle moje serce przejdzie przemianę i za niego poświadczę? To było idiotyczne zagranie z mej strony.
- Jak najbardziej, jednak w towarzystwie funkcjonariuszy. - Kobieta nagle stanęła w miejscu przy jednej parze żeliwnych drzwi. Były one dosyć głęboko w głąb korytarza na lewo od recepcji. Czy warto było zapamiętać gdzie go przetrzymywali? Nie umiałem odpowiedzieć. – Proszę bardzo, może Pan wejść.
- D-dziękuję. – Postawiłem krok do przodu, a drzwi się za mną zamknęły. Słyszałem rozbijające się o okno, zamontowane na ścianie naprzeciwko, krople deszczu oraz grzmoty pochodzące z zewnątrz. Lekko opancerzeni, uzbrojeni tylko w pałki funkcjonariusze stali przy ścianach na lewo i prawo z rękoma założonymi za plecami. Mój brat siedział przy metalowym stole na środku z głową schowaną w dłoniach. Niepewnie podszedłem do krzesła i usiadłem równolegle do niego. Co miałem powiedzieć? Wyglądał jakby był przygnębiony, jednak czy to aż tak szokujące? Został posądzony o zbrodnię, której nie dokonał.
- H-hej, Phin. – Nie miałem pojęcia jak inaczej zacząć. Czułem się okropnie, byłem obrzydzony samym sobą, a jednak, wymusiłem uśmiech. Mężczyzna podniósł głowę i z oczami pełnymi żalu oraz nadziei, patrzył na mnie.
- W-will? Przyjechałeś. Jak ja się cieszę, że przyjechałeś! – Starł łzy z policzków rękawami swojej bluzy. Wyglądał jeszcze gorzej niż mogłem sobie wyobrazić człowieka z depresją. Wyciągnął do mnie dłoń. – Nie zrobiłem nic tej dziewczynie, Will! Musisz mi uwierzyć. – Złapałem ją i lekko ocierałem. Mimo wszystko, to nadal był mój cholerny brat.
- Wierzę ci. Tak samo jak nie zrobiłeś mi nic przez te ponad 30 lat, prawda? Przecież ty po prostu taki jesteś, to nie twoja wina, Phineas. – Zmiażdżyłem jedyną resztkę nadziei, jaką mógł posiadać. Teraz musiałem uważać na każde słowo, które zamierzałem wypowiedzieć.
- P-przepraszam, Will. Po pewnym czasie nie umiałem inaczej! Chciałem przestać, ale po prostu nie umiałem, pomimo tego, że już nie chciałeś. – Był zalany łzami. Czułem się dziwnie widząc go w takim stanie. Człowiek który zadał mi tyle cierpienia w końcu sam przeze mnie cierpiał, a jednak, nie czułem satysfakcji ani radości. Było mi po prostu cholernie przykro, że do tego doszło.
- Zawsze wolała ciebie, prawda? Eleanor. No bo w końcu po co by cię broniła, nawet jak nie miała takiego, psiego, prawa?! Zobacz gdzie skończyłeś, Phineas! Nie masz nikogo, kto by się za tobą wstawił! Wiesz gdzie jest teraz Eleanor? Bezpiecznie wypoczywa sobie w zimnym łóżku niczym nauczyciele w sanatorium. Zostałeś sam, Phin. Czas abym to ja stał się tym złym synem. Przepraszam, że tak długo mi zeszło przejęcie tej roli.
- Czego ode mnie jeszcze chcesz, William?! Poświęciłem wszystko, co miałem, a ty nadal nie jesteś zadowolony? Ona kochała nas obu! Może gdybyś poświęcił dostateczną ilość czasu na to, żeby to zauważyć, to byłoby całkiem inaczej. Ja zawsze cię kochałem, Willie. I będę to robić.
- Nie kłam! Gdybyś faktycznie mnie kochał, nie byłbyś taki w stosunku do mnie po jej śmierci! Gdzie był ten ,,dobry Phineas’’ kiedy ja też cierpiałem z powodu śmierci mojej mamy?! Gdzie, ja się kurwa pytam?! Musiałem uciekać. To nie tak, że miałem taką zachciankę i po prostu opuściłem Hideaway. Bałem się, że pewnego dnia przyjdziesz do mojego mieszkania kiedy będę spać i pozbawisz tlenu. Bałem się śmierci, Phin. Jak widać, obrałeś sobie kogoś innego kiedy mnie zabrakło.
- Nic nigdy bym nikomu nie zrobił, Willie. Nie zrobiłem nic tobie, ani tej kobiecie. Chciałem jakoś pokazać, że mi na tobie zależy, wiesz? Ale za bardzo mnie to wszystko wciągnęło. Może faktycznie ,,dobry Phineas’’ przestał istnieć? Jeśli tak, to błagam cię o to, żebyś pomógł mi go z powrotem stworzyć. Proszę, Will! Kocham cię, braciszku, nieważne jaką ostatecznie decyzję podejmiesz.
- Nie mów tak! Nie kochałeś mnie. Nigdy mnie nie kochałeś. Byłem sam, Phineas, a teraz będziesz i ty. – Wstałem od stołu. Byłem blisko płaczu, ale nie mogłem okazać tutaj słabości. Odwróciłem głowę w stronę funkcjonariuszy. – Chciałbym już wyjść.
- Nie zostawiaj mnie, William! Czy moja miłość już nic dla ciebie nie znaczy? – Słyszałem z tyłu głowy kiedy wychodziłem z pomieszczenia. Na każde jego pojedyncze słowo, jeżyły mi się włosy. – Przepraszam, Willie. Przejdziemy przez to. Obiecuję. Wrócisz, prawda? Porozmawiamy jeszcze, prawda? – Zasłoniłem uszy. Nie mogłem słuchać. Wyszedłem z pomieszczenia, a dźwięki ucichły. Wyczerpany z sił, pustymi oczami patrzyłem przed siebie. To nie on powinien tam siedzieć. Teraz to wiedziałem. To powinienem był być ja. Już wiem czemu czułem się winny. Byłem winny.
                Odrzuciłem telefon gdzieś za łóżko. Nie wiedziałem która była godzina, jednak ulewa i pioruny nie ustawały. Od tamtej rozmowy ściskałem mocno poduszkę i płakałem. Biłem się z przytłaczającymi myślami oraz poczuciem winy. Czy powinienem był zadzwonić i przyznać do winy? Żałowałem, że nie istniała żadna osoba na tym świecie, która mogłaby wybrać za mnie. Niespodziewanie usłyszałem dzwonek do drzwi. Ledwo co wygramoliłem się z łóżka i zapaliłem światło w sypialni, a potem salonie. Kto to mógł być, jeszcze o takiej porze? Jedynie kobiety z którymi się umawiałem przychodziły tak późno w nocy, jednak dzisiaj to nie mogło być to. Stwierdziłem, że jedyną opcją by się przekonać było otworzenie drzwi. Poprawiłem lekko włosy oraz kołnierz błękitnej koszuli nocnej. Trochę się zdziwiłem. Stała w nich moja studentka, ta sama która wczoraj jeszcze leżała naga na łóżku w tym mieszkaniu.
- Huh? A co ty tutaj robisz i to takiej porze? – Nie ukrywałem zdziwienia. Dziewczyna nic nie powiedziała, ale na twarzy miała wypisany smutny grymas. Zachęciłem ją do wejścia przyjaznym gestem dłoni. Usiadła niezgrabnie na sofie, a ja zaraz obok niej. – Czy coś się stało?
- Jeszcze nie, ale może się stać, jeśli cokolwiek powiem. To jak Will, ile jesteś w stanie zapłacić za moją lojalność? - …huh? Czy ona właśnie chciała mnie szantażować? No cóż, to było ostatnim czego mógłbym się spodziewać tego dnia.
- A same moje usługi ci nie wystarczą? – Zapytałem, niepewny tego co mi odpowie. Dziewczyna skrzywiła się, po czym parsknęła śmiechem.
- To obrzydliwe, Willie. Przespałam się z tobą tylko po to, żeby zrobić to, co teraz robię. – Głupia szmata. Od początku wiedziałem, że nie jest ona wybranką zrzuconą mi przez los, ale było aż tak źle? Coś we mnie pękło. Nie czułem nic.
- Dobra, ile chcesz? – Przeszedłem do sedna. Jej ogromne, paskudne usta wykrzywiły się w uśmiechu. Zaczęła liczyć na palcach, do momentu policzenia pięciu.
- Pięć stów tygodniowo. Ciesz się, bo gdybyś próbował targowania zapłaciłbyś więcej.
- Nie umiesz liczyć, że musisz to robić na palcach? Już widzę, dlaczego nie poszłaś na studia z matematyki. – Wyśmiałem ją, chociaż wcale nie było mi do śmiechu. Natychmiastowo podniosła szósty palec, a ja nawet nie musiałem pytać co to oznacza.
- Oj, Willie. Bądź już cicho i dawaj kasę. – Wkurwiała mnie. Nie samą próbą szantażowania, jednak swoją nonszalancją. Nie powinna była rzucać się od razu na głęboką wodę. Popełniła błąd.
- Poczekaj tutaj, idę po portfel. – Nawet gdybym chciał powiedzieć, że skłamałem, to nie zrobiłem tego. Niestabilny psychicznie wkroczyłem do sypialni i pochwyciłem skórzany portfel umiejscowiony na szafce nocnej. Odpiąłem go i sięgnąłem po głupca. Portfel zostawiłem na swoim miejscu, po czym wróciłem do salonu. Kobieta rozczesywała swoje włosy przy użyciu lusterka. Z każdą kolejną sekundą coraz to bardziej chciałem, żeby zniknęła. Zazwyczaj uwalniałem dziewczyny w ich szczytowych formach, ona natomiast nie zasługiwała na szansę. Nie miała duszy, była tylko zwierzęciem, a przy okazji popełniała ciągle ten sam błąd. Rzuciłem głupca na ziemię, a ubrania i sztylety się zmaterializowały. Popełniała błąd. Popełniała błąd. Popełniała błąd. Popełniała błąd.
- Oj, jesteś już, Willie? Gdzie moja kasa? – Tylko Phineas może to robić. Tylko mój kochany i jedyny brat może mnie tak nazywać. Tylko dla niego jestem i zawsze będę ,,Williem’’. Przestałem myśleć, zacząłem działać. Nachyliłem się nad nią i pewnym ruchem, obydwoma sztyletami, poderżnąłem jej gardło. Patrzyłem, jak ladacznica próbuje się ratować i łapać za krtań, ale było już za późno. Była tylko śmieciem. Nie dorównywała do pięt Kate, Elisabeth, Veronice, Angelice, Emilii i reszcie aniołów, którym pomogłem. Czułem ciepło jej krwi na swych dłoniach. Było przyjemne. Zachciało mi się spać. Podniosłem głupca z ziemi i pocałowałem.
- Dziękuję za twoją moc. – Wyszeptałem, kiedy ledwo co maszerowałem do łazienki. Obmyłem dokładnie swoje dłonie w ciepłej wodzie. Brudne i spocone ubrania rzuciłem do kąta. Miałem dość brzemienia na mych plecach. Nie minęło pięć minut kiedy to leżałem na swoim łóżku z telefonem w dłoni. Czas, aby zadzwonić.
                Usłyszałem kaszlenie i krople jakiejś cieczy uderzające o podłogę. Podniosłem się z pleców na tyłek, a u boku mego łóżka zauważyłem klęczącego Judgementa. Podałem mu rękę i pomogłem wstać.
- Hej, William. Jak ci dzisiaj poszło? – Nie byłem w stanie nic powiedzieć. Strużki łez ciekły po całym moim policzku. Wyciągnąłem przed siebie rękę i wskazałem na zapalone światło w salonie. Judgement przytaknął, po czym odszedł. Minęła dobra chwila, zanim wrócił. Uśmiechał się. – Nie kochała cię, prawda?
- N-nikt tego nie robi. Przegrałem, Judgement. – Odrzuciłem po czym się zakrztusiłem. Pokazałem czarnowłosemu telefon z wybranym numerem 911. Mina mu zrzedła. Powoli wyciągnął telefon z mojej dłoni i położył na podłodze.
- To nie rozwiązanie, William. Chodź tu do mnie. – Przysunął się bliżej, po czym mnie przytulił. Wypłakiwałem się w jego szlacheckie szaty, a on nie miał nic przeciwko. – To nie twoja wina. To wszystko nie jest twoją winą, William. Mówiłem, że jestem po twojej stronie, prawda? Pomogę ci. Posprzątam cały ten bałagan, który stworzyłeś, a jutro rano będę mieć przysługę dobrze?
- D-d-dobrze. D-dziękuję, Judgement. – Byłem zbyt zmęczony aby normalnie rozmawiać.
- Idź spać, okej? Nie zadręczaj się tym. To nie twoja wina, nie masz z tym nic wspólnego.
- T-t o nie moja wina…
- Dokładnie. To nie jest twoja wina. Nie jest i nie będzie.
- J-judgement?
- Słucham.
- Zostaniesz ze mną na chwilę? Przynajmniej na tyle, żebym usnął? Nie chcę być sam… - Położył się obok mnie. Chociaż wyglądał na młodszego ode mnie, to tarmosił moje włosy i ciągle pocieszał.
- Dobranoc, Will. Jutro wszystko będzie lepsze.
                Obudziłem się dzięki wpadającym przez okno promieniom słońca. Która była godzina? Nie miałem pojęcia, nie musiałem ani nie chciałem wiedzieć. Wszystko miało stać się od dzisiaj lepsze. Przetarłem oczy i spojrzałem na podłogę obok łóżka. Nie było tam żadnej krwi, którą wczoraj najprawdopodobniej zostawił Judgement. Wstałem na nogi, założyłem kapcie i ruszyłem w stronę salonu. Dziewczyna… zniknęła. Tak samo wszelkie ślady wczorajszego incydentu. Rzuciłem się na kanapę z nową energią. Moją twarz przyozdobił uśmiech. Pomógł mi. Judgement mnie ocalił. Zerknąłem w prawo, a ku mojemu zdziwieniu, leżała tam dziwna, czerwona koperta ze złotymi zdobieniami. Niewiele myśląc ją otworzyłem. Znajdowała się w niej podwójna kartka z napisem ,,Zaproszenie’’. Otworzyłem następnie jej zawartość.

,, Z ogromną radością mamy przyjemność zaprosić cię na nasze wesele, Williamie, które odbędzie się 21.11.2019r. w rodzinnym domu Orlane, w Montrealu. Zachęcamy do przyjścia z osobą towarzyszącą!
Orlane i Leo’’

Nie znałem tych ludzi, a przynajmniej nie mogłem sobie ich przypomnieć. Sprawdziłem tył kartki, a wszystko stało się jasne.

,,Orlane musi zniknąć, William. To jest moja prośba.’’

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

I. Kain i Abel

VI. Obusieczna obojętność

II. Dajcie mi się wreszcie poddać...