I. Kain i Abel


Głupiec, Hideaway


                - To na dzisiaj koniec droga młodzieży, możecie sobie iść chętnie zajarać wcześniej! – Oznajmiłem na forum. W tym roku klasa pierwszaków była strasznie niewyrównana, z przewagą płci żeńskiej. Musiałem przyznać, nauczanie takich pięknych, młodych i inteligentnych kobiet dawało satysfakcję zawodową. Niektórzy mogliby pomyśleć, że antropologia jest nudnym i stosunkowo ciężkim kierunkiem, jednak jeśli jesteś zainteresowany, wszystko okazuje się być jednie wytłumaczalną prostotą.
- Znowu ma Pan jakiś pogrzeb? Który to już raz pod rząd? – Ironicznie skwitowała blondynka z pierwszego rzędu.
- No widzisz Panienko, ludzie codziennie umierają, dlatego zawsze powtarzam…
- Carpe Diem, rozumiemy. – Okularnica siedząca za blondynką dokończyła.
- I prawidłowo. Miejcie wyjebane, a będzie wam dane. A teraz weźcie już wyjdźcie. – Machnąłem nieznacząco dłonią. Studenciaki zrozumiały przekaz i niezwłocznie udały się do wyjścia. Miałem strasznie luźne podejście do systemu nauczania jak i samych uczniów, jednak nigdy nie zdarzyło mi się dostać reprymendy. To był czas na odrobinę przyjemności zanim miało nastąpić nieszczęście. Z tylnej kieszeni swoich jeansów wyciągnąłem zimną, metalową piersiówkę. Każdego ranka wypełniałem ją do pełna. Musiałem przyznać, że byłem uzależniony, jednak nigdy nie byłem pijany. Alkohol szybko wyparowywał z mojego ciała, równie szybko także koił nerwy. Z natury byłem beztroski, jednak zawsze miałem małego pomocnika, dzięki któremu mogłem mieć calutki świat w rowku. Odkręciłem nakrętkę i pociągnąłem z gwinta. Kilka sekund przełykałem łyk za łykiem. Byłem pewien, że spotkanie z nim będzie bardzo nieprzyjemne i samo to odradzało mi pomysł pojawienia się tam. Z drugiej strony, czułem że byłem to winien swojej matce.
 - No cóż, Will. Będziesz musiał przez to jakoś przebrnąć. - Pokrzepiłem się na głos. Poszukałem chwilę kluczyków do samochodu, a już po chwili metalowe kółko i klucz z trapezową, czarną, gumową główką widniał na moim ręku. ,,Nie wypiłem na tyle dużo, aby się rozjebać na drodze, prawda? " - Zapytałem retorycznie, byłem zajebistym kierowcą.
                Miałem nogi jak z waty. Stałem przed niegdyś swoim domem z największą niepewnością jaką można sobie wyobrazić. Czułem się jakbym musiał powiedzieć swojej partnerce że ją zdradziłem, ale gorsze było to, że tego nie żałowałem, do tego mógłbym porównać to uczucie. Ile to już minęło? Kilkanaście lat na pewno. Byłem bardzo niewdzięcznym synem, temu zaprzeczyć nie mogłem. Czasami miałem ochotę ją odwiedzić, ale wiedząc że Phineas tam będzie nie potrafiłem się do tego zmusić. Czy mama miała mi to za złe? Teraz już jej nie zapytam.
                Mieszkaliśmy obok cmentarza, ironicznie. Dom był ogromny, zbudowany z kamienia i sięgający początków powstania Hideaway. ,,Wielki potop Hideaway’’ nawet nie potrafił go zniszczyć. Był przede wszystkim nasz, przekazywany od ojca do syna każdego pokolenia, jednak wiedziałem że nigdy nie będzie mój. Nie zasługiwałem na niego, ale nawet gdybym miał go dostać, oddałbym go bratu. Każdy kilometr kwadratowy jeżył moje włosy na rękach. Niech cały ten dom i jego ziemia spierdalają, mam swój ciasny, ale własny dobytek. Byłem bardziej niż szczęśliwy wiedząc, że przypadnie mojemu 37-letniemu, starszemu ode mnie o 4 lata, bratu. Przede mną teraz znajdowała się żeliwna, czarna brama. Była zamknięta, ale miałem klucz. Poszukałem go w kieszeni spodni. Czy czarno-żółty sweter pasował do jeansów? Zresztą, przejmowanie się modą to głupota.  Przekręciłem zamek dwa razy, a następnie pchnąłem wrota do środka. Ogromne podwórze stało przede mną otworem, niestety. Wszyscy czekali na cmentarzu, jednak musiałem zrobić coś ważnego zanim mogłem się tam udać.
                Posiadłość miała kilka szop z narzędziami, amatorskich warsztatów, ogromną, czerwoną oborę i główną część mieszkalną. Pokojów było tak cholernie dużo, że niektóre wynajmowaliśmy za dodatkowe pieniądze. Ludzie mieszkający tam byli śmieszni, raz schowałem się w szafie kiedy pewna młoda parka zaczęła się po prostu pieprzyć. Miałem około 15 lat, był to dosyć odświeżający widok dla moich niedoświadczonych oczu. Ja i Phineas mieszkaliśmy na drugim piętrze w pokojach blisko siebie. Na samym dole umiejscowiono dwie kuchnie, dwie łazienki i ogromny salon z przeogromną ilością korytarzy. Nigdy nie potrafiłem w pełni opisać tego domu, bo za każdym razem odkrywałem coś nowego. Popatrzyłem na drewniany wieszak stojący nieopodal. Wisiała na nim jego kurtka. Niebywale się ucieszyłem, liczyłem dokładnie na to. Przed wyjściem musiałem jeszcze zejść do piwnicy. Nie wierzyłem w to, że potrafiłem zapamiętać obietnicę sprzed kilkunastu lat.
                Wydawało mi się, że to była właśnie ta cegła. Uwielbiałem na niej rysować kredą kiedy byłem mały, a mojej matce to nie umknęło. Ganiła mnie za każdym razem kiedy przesiadywałem w piwnicy. Mówiła, że biegają w niej szczury wielkości psów czy nawiedzają ją demony, ale dopóki Phineas nie wyciągnął mnie z niej siłą, nie było mowy abym z niej wyszedł. Pewnego dnia zapytałem mamy co takiego jest w piwnicy, że nie pozwala mi w niej siedzieć, a ona tylko odpowiedziała: ,,Kiedy umrę, przyjdź do niej i wepchnij mocno twoją ulubioną cegłę. Wtedy zrozumiesz’’. Jestem teraz starym dziadem, chyba mogłem zajrzeć, prawda? Wcisnąłem ją najmocniej jak potrafiłem, a następnie usłyszałem głośny pomruk jakichś mechanizmów pracujących za ścianą. Zdziwiło mnie to. Minęły minuty zanim tajemnicze, ciemne przejście otworzyło się przede mną. Czy mama nie chciała abym to znalazł wcześniej? Co mogło tam być? Dałem upust swojej ciekawości. Wyciągnąłem telefon z kieszeni i odpaliłem latarkę. Przejście wyłożone było kostką brukową. Niewiele myśląc, zanurzyłem się w nieznanym.
                Na końcu skrytki czekało na mnie kwadratowe pomieszczenie ze strasznie nisko położonym sufitem. Sam nie miałem jakiegoś bardzo dużego wzrostu, jednak nadal musiałem się schylać żeby normalnie funkcjonować. Wszędzie było ciemno, jedynym źródłem światła był mój telefon. Co takiego mogło się tutaj kryć? Moim oczom nie umknęła malutka, drewniana skrzyneczka leżąca niechlujnie na podłodze. Miała złote wygrawerowania przypominające ludzką sylwetkę w dynamicznych pozach. Posiadała zamek, jednak nie była nijak zamknięta ani zabezpieczona. Cieszyłem się, bo niby skąd miałem wziąć klucz?
- A co ty tutaj skrywałaś, mamo? – Rzuciłem na głos biorąc szkatułkę w swoje dłonie. Zgrabnie podważyłem górną część i zajrzałem do środka. Czekały na mnie dosyć ciekawe przedmioty. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to list napisany odręcznie. Po prawo od niego leżała karta tarota - ,,Głupiec 0’’. Była bardzo dobrze zachowana i zapakowana w foliowe opakowanie. Obok leżał również pozłacany klucz, prawdopodobnie wspomniany wcześniej klucz do szkatułki. Nie marnując czasu zacząłem czytać odręcznie napisany list:
,,Drogi Williamie,
Jeśli czytasz ten list to już mnie tam z wami nie ma. Przepraszam, że dopiero po mojej śmierci jestem w stanie przekazać ci takie brzemię, ale chciałam oszczędzić ci pewnej części cierpienia. Twoja blizna na klatce piersiowej o której nigdy nie rozmawialiśmy, nie pokazuj jej nikomu dopóki nie będziesz pewien że możesz im ufać. Jesteś specjalny, Williamie. Ty i 21 innych osób jesteście kimś, kto może spowodować zagładę świata, a niektórzy pragną chaosu. Pilnuj swojej karty na każdym kroku, będzie cię strzec i da ci broń do walki ze światem. Nie daj się podejść.
                                                                                                                                                Powodzenia, kocham cię, Will.
                                                                                                                                              Eleanor Drainashe.’’
                Byłem w kompletnym szoku. Czy to wszystko było tylko głupim żartem zaplanowanym przez moją matkę? No bo czym innym miałoby być w zasadzie. Przetarłem swoje oczy. Jest chyba tylko jeden sposób aby się przekonać, prawda? Nieprzekonany sięgnąłem po kartę schowaną w foliówce. Głupiec? Czemu ze wszystkich akurat ta? Było tyle kurwa innych, ciekawszych. Głęboko westchnąłem i wyciągnąłem ją z opakowania. Niespodziewanie ogromna fala energii przepłynęła przez moje ciało. Niewiarygodnie przyjemne ciepło towarzyszyło uczuciu ekscytacji. To było… dziwne. Dłonie mi drżały, palce samoczynnie wypuszczały ze ścisku papierową kartę. Przedstawiała ona mężczyznę z podróżnym workiem na patyku, ubranym w bardzo przewiewne ciuchy, stojącego na krańcu świata. Czułem się w tamtym momencie trochę jak on. Karta upadła na ziemię i wbiła w piach. W jednej sekundzie przewiewne, kolorowe ubrania głupca z podobizny zmaterializowały się na mnie. Nie mogłem w to uwierzyć. Dla takich właśnie rzeczy zostałem antropologiem. Chciałem poznawać niezbadane dotąd sekrety ludzkich cywilizacji, zapomniane przez pokolenia, a coś tak niesamowitego czyhało pod moim nosem. Przeklinałem los. Zmaterializowane, bawełniane, kolorowe ubrania były idealnie dopasowane do moich wymiarów. Bordowy beret z białym piórem ciasno istniał na mojej głowie. Pasek przy spodniach o takim samym kolorze jak nakrycie głowy, zrobiony ze skóry, zdecydowanie ważył więcej niż powinien był. Powodem przeciążenia okazały się dwa sztylety o białej rękojeści i czarnym ostrzu. Czy to ta broń do walki ze światem o której mówiła matka? Wziąłem je obydwie naraz do dłoni. Momentalnie poczułem potęgę. Przeogromna siła przepłynęła przez każdy malutki zakątek mojego ciała. Zacząłem słyszeć szepty, szepty które utwierdzały mnie w przekonaniu że pojmowanie tej broni jest poza moim zasięgiem. To było za dużo jak na jeden dzień. Wsunąłem ją na powrót za pasek i podniosłem głupca z ziemi. Nie wiedziałem gdzie go włożyć, a pierwszym co przyszło mi do głowy był portfel.
- Coś czuję, że się polubimy, mały. – Skwitowałem ostatecznie chowając portfel do kieszeni spodni. Przewiewne ubrania zniknęły, a wrócił mój sweter i jeansy. Spojrzałem na zegarek w telefonie, zdając sobie sprawę że muszę się śpieszyć na ceremonię. Nie wiedziałem po co był ostatecznie złoty kluczyk, ale wolałem zostawić go w kuferku. Założyłem futrzane rękawiczki i szykowałem się do wyjścia z domu. Po drodze zabrałem jeszcze kurtkę Phineasa, którą schowałem w bagażniku swojego samochodu. To był czas na moją osobistą vendettę.
                Byłem najbliższą rodziną, dlatego siedziałem w pierwszym rzędzie. Nie mogłem się zmusić aby usiąść przy swoim bracie. Oprócz naszej dwójki przyszli jeszcze siostra mojej matki, Nancy oraz jej mąż, Federico wraz ze swoimi małymi dziećmi. Było dużo przyjaciółek mamy które kojarzyłem tylko z widzenia. Ogromna ilość pustych siedzeń wyglądała smutno, jednak nie dziwiłem się. Tata, jak i całe drzewo genealogiczne z jego strony, już nie żył. Nigdy tak naprawdę nie poznałem prawdy dotyczącej ich zniknięcia. Czy karty tarota były odpowiedzią też na te pytania? Musiałem podejść do Nancy i zapytać.
                I tak nie mogłem skupić się na tym co mówił kapłan. Moja matka nie żyła, a nawet jeśli teraz patrzyła na nas wszystkich z zaświatów to pewnie nie chciałaby abyśmy mieli po niej żałobę. To ona nauczyła mnie lekkiego stylu życia, nie wyobrażam sobie teraz nagle próbować się zmieniać. Śmianie się ze wszystkiego było lepszą alternatywą, od dziecka przyzwyczajałem się że świat nie będzie baczył na moje opinie tak bardzo jakbym tego chciał. Dlatego też, kiedy Phineas przychodził do domu pijany i klepał mnie dla czystej rozrywki, ja tylko odpowiadałem śmiechem. Nie dawałem mu tej satysfakcji z patrzenia na cierpiącego mnie, a mama ignorowała takowe jego zachowania. Ostatecznie wyszedłem na tym w życiu dobrze, ale nie byłem w stanie stwierdzić czy tak samo myśli Phineas.
- Ciociu Nancy? Miałabyś chwilkę żeby porozmawiać? – Podszedłem dyskretnie i zapytałem. Ona się odwróciła, a jej źrenice rozszerzyły.
- William? Boże, jak ja cię dawno nie widziałam! Oczywiście, o czym chcesz porozmawiać? – Odparła zaskoczona. Wyszliśmy poza kaplicę, nie chciałem przerywać mszy. Oparłem się dłonią o marmurową ścianę budynku. Wyciągnąłem z kieszeni portfel, z niego natomiast kartę. Obserwowałem jej reakcje. W pierwszy momencie wydawała się zaskoczona i przerażona. Przygryzała wargę i oparła o ścianę. Była już starszą kobietą, jednak czemu zrobiła to dopiero teraz?
- Rozpoznajesz może tę kartę? Mama zostawiła mi ją w spadku… - Zacząłem szczerze.
- W-wyrzuć ją natychmiast! Nie chcesz żeby oni też cię dopadli! Twoja matka była głupia trzymając to przy sobie. – Wydawała się spanikowana. Nie czekając na moją odpowiedź wróciła na ceremonię, zostawiając mnie zmieszanego. Co to miało oznaczać? Kim byli ,,oni’’? Tego jednego dnia zadałem wiele pytań na które nie dostawałem odpowiedzi, jednak coraz bardziej chciałem zatrzymać tę kartę. Zobaczyć, co takiego może się stać. Schowałem ją do portfela po raz kolejny, a zaraz potem usłyszałem skrzypienie otwierających się kaplicznych drzwi. Nie zdążyłem zareagować, uderzenie zmiotło mnie z nóg. Strasznie bolała i szczypała moja twarz, kiedy ja leżałem i myślałem nad tym co się właśnie wydarzyło. Odpowiedź nadeszła szybko.
- Nawet nie możesz usiedzieć godziny na pogrzebie swojej własnej matki, niedojdo?! Po co przyjeżdżałeś skoro tak bardzo masz wszystko w dupie?! – Mężczyzna mojego wzrostu, postawny i średnio wysportowany, o czarnych i przystrzyżonych włosach stał nade mną w smokingu. Nie zdziwiłem się że wyglądaliśmy bardzo podobnie, to był Phineas. Moją automatyczną reakcją był uśmiech. Powoli wstałem z ziemi i się otrzepałem, nie zrywając kontaktu wzrokowego z moim bratem. – Nie potrafisz być poważny na pogrzebie nawet naszej matki?
- Mówisz to, jakby to ona była poważna. Widać, że nie znałeś jej tak jak ja. – Pierwszy raz od dawna mu się odgryzłem. Phineas Drainashe nie czekał na nic więcej. Podbiegł do mnie niezwykle szybko i złapał na kołnierz swetra. Jedną dłonią bił, drugą trzymał. Nie zwracałem uwagi na ból, miałem 33 lata żeby się do niego przyzwyczaić. Mijały minuty, a on nie odpuszczał.
- Nie masz psiego prawa nic o niej mówić, tchórzu. Zostawiłeś ją i nas wszystkich samych, byłem jedynym co miała! Gdzie niby byłeś kiedy na łożu śmierci o ciebie pytała? – Nie wiedziałem tego… Byłem dupkiem, to wiedziałem doskonale. Eleanor mogła winić jednak jedynie siebie, że jedno z jej dzieci było chodzącą patologią, natomiast drugie tchórzem, które nie chciało jej już nigdy odwiedzić po ukończeniu pełnoletniości.
- Wiesz gdzie kurwa byłem? Daleko! Daleko poza Hideaway, tam gdzie wiedziałem że ty nie dotrzesz. – Nie wyszło to tak jak chciałem. Miałem problem z powiedzeniem tego tak, aby do niego dotarło. Była jeszcze jedna kwestia, która mnie zaskoczyła. Moja dłoń niczym namagnetyzowana lgnęła do kieszeni w której znajdował się portfel. Nie było to coś do czego przywykłem, a patrząc na okoliczności dzisiejszego dnia, mogłem zgadnąć o co mogło chodzić. Najgorsze w tym wszystkim było to uczucie nienawiści jakie mnie momentalnie zalało. Miałem ochotę go skrzywdzić, oddać za całe swoje życie, stawiałem jednak opór. Nie byłem taki. Phineas mnie puścił. Upadłem na ziemię, zaskoczony jego zachowaniem. To był ostateczny czynnik, którego potrzebowałem aby podjąć decyzję. – Żegnaj, Phineas. Już więcej się nie zobaczymy. – Odrzuciłem tylko z nutką melancholii w głosie. Pełen pożałowania i złości wzrok mojego brata przeszywał me całe ciało.
- Nawet nie potrafiłeś się stosownie ubrać na jej pogrzeb… - Jego głos wydawał się złagodnieć, a nieco bardziej posmutnieć. ,,Przykro mi Phineas, ale Eleanor nie zwracała uwagi na modę..’’ – Skwitowałem w myślach kiedy powolnym krokiem, smagany zimnym wiatrem, odchodziłem w stronę swojego samochodu.
                Nie potrafiłem przestać myśleć o tej przeklętej karcie. Napawała mnie ekscytacją i strachem jednocześnie. Jeśli takie coś istniało i znajdowało się pod moim dachem, kto wie co jeszcze istnieje na tym świecie? Dłoń samoczynnie lgnęła do znaleziska, musiałem ją niebywale mocno kontrolować. Dlaczego matka mi zupełnie nic o tym nie powiedziała? Chciałem odpowiedzi, a nikt nie potrafił mi ich dać. W liście wspomniane było jeszcze 21 innych osób, czy oni wiedzieli coś więcej? To było moje nowe powołanie, znaleźć ich, przedtem natomiast musiałem zrobić jedną rzecz. Jeszcze ta broń… przed kim miałbym się nią bronić? Czy to wszystko miało jakiś związek ze zniknięciem ojca i całej jego rodziny? Miałem tyle cholernych pytań, które skutecznie zadręczały mój umysł. ,,Jeśli zjechana psycha i miliony pytań były twoim zamierzeniem mamo, to kurewsko dobrze planujesz rzeczy’’ – pomyślałem. Miałem ochotę zasięgnąć po swojego metalowego przyjaciela, jednak picie za kółkiem dużo by mnie kosztowało jeśli ktoś by zobaczył.
                Jechałem dosyć pustą ulicą do domu. Mieszkanie w małym mieście takim jak Hideaway miało swoje plusy, takie jak to, że szybko wracałem do wynajętego mieszkania. Nie wiem co mnie podkusiło aby wrócić tutaj z Dallas, na pewno nie tęskniłem za domem. Ostatnie 2-3 lata pracowałem jako wykładowca antropologii w uniwersytecie Hideaway, co mnie w sumie satysfakcjonowało. Studiowanie tego kierunku było totalną nudą, wiem bo sam studiowałem, ale ostatecznie tego nie żałowałem i miałem nadzieję, że osoby które wychodziły z moich zajęć też nie. Samo miasto nie miało za wiele mieszkańców, bo tylko ok. 30 tysięcy, reszta zginęła w Potopie, jednak o nim za wiele się nie słyszy. Ludzie boją się rozmawiać. Duża ilość studentów jednak przyjeżdżała, bo nasz uniwersytet jako jeden z niewielu w okolicy oferował właśnie takie humanistyczne kierunki. ,,Idioci, trzeba było iść na informatykę…’’ – pomyślałem, przypominając własny przychód.
                Z rozmyślań wyrwał mnie całkiem niecodzienny widok. Na poboczu stała jakaś młoda, ubrana na cebulkę kobieta, która machała rękoma w moją stronę. Obok niej zaparkowany był samochód z podniesioną maską, nad nim unosiła się warstwa szarego i gęstego dymu. Cała sceneria wyglądała na jakieś problemy techniczne z autem, a ja nie mógłbym tak po prostu przejechać obok i nie pomóc panience w opałach. Po kilku minutach zatrzymałem się niedaleko niej i wyszedłem z samochodu.
- Dzień dobry! Dziękuję, że się pan zatrzymał! Mój samochód nagle zaczął dziwnie warczeć, więc zjechałam na pobocze i chciałam zobaczyć pod maskę, ale zaczął się dymić, a następnie pojawił się pan. Byłabym dozgonnie wdzięczna za jakąkolwiek pomoc! – Młoda blondynka ze średniej długości włosami podeszła do mnie pierwsza. Wyglądała całkiem atrakcyjnie.
- Sprawdzę co może być nie tak i spróbuję coś na to zaradzić, chwilka. – Odpowiedziałem spokojnym i profesjonalnym głosem. Na twarzy dziewczyny pojawił się uśmiech, jednak coś mi nie grało. Podszedłem bliżej i w końcu zauważyłem obiekt niepokoju. W samochodzie ktoś jeszcze siedział. Momentalnie i niespodziewanie nieznajomy otworzył drzwi, uderzając mnie nimi. Upadłem na podłogę, łapiąc za brzuch. ,,Serio kurwa? Po raz drugi ktoś mnie dzisiaj leje?’’ – Pomyślałem, widząc jak trzech kolegów napastnika również wychodzi z pojazdu. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, grupa zaczęła mnie kopać. Kobieta stała tylko z boku i patrzyła z patologiczną radością. Czy tak miał się skończyć dzisiejszy dzień? Mieli mnie okraść, a następnie miałem iść do domu z buta? Z każdym kolejnym kopniakiem ból ustępował, a ja zaczynałem robić się coraz to bardziej senny. W tym momencie zacząłem się modlić do Boga o przeżycie, niczego innego nie pragnąłem.
- Hej! Wy popieprzeni patole! Zostawcie go! – Usłyszałem znajomy, żeński głos. Zaraz potem moje oczy się zamknęły, a dźwięki bijatyki były ostatnim co słyszałem przed utratą przytomności.
                Powoli otwierałem oczy. Białe światło niesamowicie mnie raziło, robiłem to powoli. Gdzie się teraz znajdowałem? Jedyne co pamiętałem to utratę przytomności po pobiciu, nic poza tym. Bardzo bolał mnie brzuch i plecy, nieźle mnie skopali. Na nosie i policzku przyklejono mi po plastrze, prawdopodobnie żeby zakryć zadrapania. Leżałem przykryty błękitnym kocem w bardzo zimnym pomieszczeniu. Zdjęto mi sweter i koszulkę, na gołej skórze czułem obecność lnianych opatrunków. Bolało jak diabli, jednak nie mogłem uspokoić swojej ciekawości. Gdzie ja byłem? Poderwałem się z pozycji leżącej do siedzącej i zacząłem rozglądać. Cały pokój wyglądał jak czyjaś sypialnia, jednak dobór kolorów i barw był nietypowy. Otaczała mnie spora paleta bieli połączonej z niebieskim. Na śnieżnym stoliku nocnym stał granatowy kubek, a para nad nim mówiła, że nalano do niego coś ciepłego. Po mojej lewej stronie oprócz wspomnianego mebla umiejscowiono również pianino, które pomalowano we wzór w gwieździste niebo. Oparte o nie leżały białe skrzypce. ,,Jakiś specyficzny artysta musi zamieszkiwać ten pokój’’ – zareagowałem na to wszystko w myślach. Oprócz tego znajdowało się tu wszystko, co można było znaleźć w standardowej sypialni, jednak nigdy w innych kolorach niż te wspomniane. Niespodziewanie w pewnym momencie turkusowe drzwi zaskrzypiały, a w nich stanęła młoda, piękna kobieta. Poznałem ją niemalże od razu, była to Leah Harren, niesamowita piosenkarka i wybitna artystka, zajmująca topowe miejsca w każdym większym konkursie pianistycznym i skrzypcowym. Był to jakże ciekawy zbieg okoliczności, że byłem na jej występie jakiś tydzień temu.
                Swoje złociste, jaskrawe loki związała białą chustą w kucyk. Granatową koszulę w kratę wpuściła w śnieżną, aksamitną spódnicę. Za każdym razem kiedy widziałem jej oczy, choć gołębiego koloru, tętniły pełnią życia, tą smutną jak i szczęśliwą częścią. Była dobrze zbudowana, przez jej całkiem szerokie ramiona wyglądała prawie jak ja. Na swojej szyi zawieszony miała łańcuszek wraz z krzyżem katolickim. Kiedy na mnie spojrzała, jej mimika zdradzała że jest zmartwiona.
- H-hej! Nie możesz się jeszcze podnosić! – Truchtem podbiegła do mnie i jedną ze swoich dłoni leciutko pchnęła w stronę białej poduszki. – Nieźle cię skopali.
- Nie oni pierwsi tego dnia. – Odparłem rozśmieszony. – Jestem przyzwyczajony do dostawania po twarzy. Taki urok mojego stylu życia. – Puściłem jej oczko, ta jednak tylko przewróciła oczami i westchnęła.
- Będziesz tak samo się śmiał jak cię z tego powodu pochowają? – Zapytała zadziornie. Dopiero teraz zauważyłem, że w swoich dłoniach trzymała jakąś maść i kawałek bandaża.
- Wtedy ludzie z pierwszych rzędów będą słyszeć mój śmiech w wytłumionej wersji, nie dam się zapamiętać jako smutas w trumnie. – Odrzuciłem szybko i pewnie. Kobieta tylko parsknęła.
- Masz szczęście, że cię znaleźliśmy. Zrobiłam ci herbatę, chyba ją nawet zauważyłeś. Poza tym, muszę zmienić ci opatrunek, a przynajmniej tak by było najlepiej. – Zarzuciła koc na bok, powoli zbliżając dłonie do mojego brzucha.
- Serio, dzięki. Odwdzięczę się jakoś, przysięgam. – Zacząłem mówić, kiedy ta powoli odwiązywała opatrunek.  Jeszcze się nie przedstawiłem. Nazywam się William Drainashe, jestem jednym z wykładowców antropologii na Uniwersytecie Hideaway. Ty jesteś Leah, prawda? Leah Harren.
- A więc jednak poznałeś? Łudziłam się, myślałam że jeśli nie spanikowałeś na mój widok za pierwszym razem to mnie nie kojarzysz. – Westchnęła smutno.
- Nie jestem takim typem osoby. Nie zamierzam cię traktować jak bóstwo czy coś w tym stylu, bo chyba tak ci najlepiej będzie pasowało, prawda? – Zapytałem retorycznie.
- Masz do mnie mówić per Pani, bo wyrzuci cię moja ochrona. – Odpowiedziała poważnym i agresywnym tonem. Skończyła odwijać mi bandaż i spojrzała prosto w moje oczy, jednak po chwili się uśmiechnęła. – Żartuję, Will. Cieszę się, że nie jesteś jednym z takich ludzi.
- Przez chwilę naprawdę w to uwierzyłem! – Wyrzuciłem z siebie dziwny śmiech. – Nie sądziłem, że taka gwiazda jak ty będzie w takiej dziurze jak Hideaway.
- Miałam koncert w Nashville, więc niedaleko. Hideaway leży blisko zresztą, urodziłam się tutaj. Wiedziałam, że mam tutaj dom i chciałam odpocząć trochę od ciągłego bycia w trasie. – Przyglądałem się jej dłoniom kiedy wsmarowywała we mnie maść. Ilość sińców i zadrapań bardzo mnie przeraziła. Co mogło się jej stać? Wiedziałem, że o to nie zapytam. – William?
- Hm? – Nagle przerwała, wymawiając moje imię.
- Mam bardzo niestandardowe pytanie. Czy te znamię na twojej klatce piersiowej masz od urodzenia? – To było jedyne pytanie którego się nie spodziewałem. Znamię? Te, o którym każdy bał się mówić? Dlaczego ją to interesowało?
- Uhm, tak. Każdy zawsze bał się o nim mówić, wiesz może coś więcej? To pytanie naprawdę było znikąd. – Szczerze oznajmiłem. Twarz spłonęła mi rumieńcem kiedy Leah powoli zaczynała odpinać guziczki swojej koszuli. – C-co ty robisz? Tak od razu? Nawet nie zdążyliśmy się dobrze poznać!
- Zamknij się. – Sukcesywnie mnie uciszyła, jednak z dużą pomocą. Spojrzałem na jej klatkę, piersi ciągle zakrywał śnieżny biustonosz, natomiast nie to mnie interesowało. Nie było widać całej liczby, jednak mogłem wyobrazić sobie resztę. Na jej klatce piersiowej widniało znamię w kształcie ósemki, bardzo podobne do mojego. Co to miało znaczyć? – Nie wiem tak naprawdę o nim nic. Brat kazał mi go nie pokazywać nikomu, ale pomyślałam że może ty będziesz w stanie mi to wytłumaczyć. – Posmutniałem w środku. Obydwoje nie wiedzieliśmy za wiele o swoich, podobnych, znamionach. Nie chciałem mówić jej o karcie ani broni, bo nawet ja sam nie zdążyłem się do niej przyzwyczaić.
- Oh, nie wiedziałem że masz brata. Jakoś nigdy nie występuje z tobą. – Wykazałem wyraźne zaciekawienie. Dziewczyna skończyła zmieniać mi opatrunek i zgrabnych ruchem podała kubek z ciepłą herbatą. – Dzięki.
- Naprawdę nie ma za co. Pewnie go kojarzysz, po prostu pierwszy raz słyszysz o naszym pokrewieństwie. Czy nazwisko Adrian Core coś ci mówi? – Nie musiała powtarzać. Adrian, tak samo jak Leah, brał udział w konkursach pianistycznych i skrzypcowych, jednak był zazwyczaj średni. Ciężko mi było zobaczyć ich jako rodzeństwo.
- Rozumiem, nie będę więcej pytać. Wiem trochę więcej niż ty, Leah, na temat tego znamienia, jednak nie mogę ci tego teraz powiedzieć, dopóki nie będę pewny. – Z pełną powagą wypisaną na twarzy wyrzuciłem.
- W porządku, czekałam tyle lat że jestem w stanie poczekać trochę dłużej. – Słychać było, że jest troszkę zawiedziona, jednak nie naciskała. Podobało mi się jej podejście. Zacząłem powoli podnosić ciało z łóżka, wystarczało mi odpoczynku. Chciałem z nią więcej porozmawiać, wydawała się być ciekawą kobietą. – Powinieneś leżeć, William.
- Starczy tego obijania się. Wiesz, kiedy otworzyłem oczy to dobór kolorów mnie zaskoczył. Nie widziałem nigdy żebyś na scenie zakładała odcienie niebieskiego i bieli. Masz jakąś obsesję na ich punkcie? – Zacząłem wypytywać powoli przechadzając się wokoło pokoju, stawiając krok za krokiem na puchatym dywanie.
- To są moje kolory. – Odrzekła szybko i stanowczo. Głośno westchnęła i potrząsnęła głową. – Kiedy znajduję się wśród właśnie tych barw, faktycznie czuję się sobą, wiesz? Jestem wtedy pewna, że była to moja decyzja, że żyję zgodnie z prawdą jaką sama kreuję. Na scenie, ja… - Zrobiła krótką przerwę. – ..to nie ja. To po prostu nie ja. – Nie do końca wiedziałem co na to odpowiedzieć. Pomaganie ludziom nigdy mi nie wychodziło, nawet jej nie znałem. Jeśli była jednym z tarotów, musiałem się jej trzymać, ale na to miał przyjść jeszcze czas. Usiadłem na stołku nieopodal pianina. Byłem człowiekiem wielu hobby, a granie na tym instrumencie należało do wachlarza moich umiejętności.
- Przepraszam, że zapytałem, Leah. Nie chcę żeby osoba która uratowała mi życie była smutna przeze mnie.
- Jesteś głupi? To nie przez ciebie, William, nie zrobiłeś nic złego. Tak po prostu wygląda życie, prawda? – Usiadła na stołku obok mnie. Razem ledwo się mieściliśmy. Leah którą poznałem zdecydowanie nie była tą, która występowała na scenie. Była bardziej przygnębiona, smutna i spokojna. Tak naprawdę nigdy nie wiesz co się dzieje za zamkniętymi drzwiami. Chciałem pomóc, nawet jeśli nie umiałem ani nie wiedziałem o co chodzi. Nie potrafiłem powstrzymać tej chęci. Zacząłem powoli dotykać palcami klawiszy instrumentu. Musiałem zagrać coś co znała, miałem już nawet pomysł. Minęło kilka sekund po których kobieta rozpoznała melodię. – Umiesz grać na pianinie? To jest zaskoczenie.
- Chcesz do mnie dołączyć? – Zapytałem z promienistym uśmiechem, wskazując oczami na leżące nieopodal skrzypce. Dziewczyna odwzajemniła uśmiech na swojej delikatnej twarzy, a następnie zbliżyła do instrumentu. Nagle jednak się zatrzymała. – Leah? – Nie odpowiedziała na wołanie. Po prostu stała, trzymając smyczek w dłoni. Skupiłem się na jej twarzy, gdzie teraz w kącikach jej oczu zbierały się łzy. Zaczęła się cała trząść.
- J-już więcej nim nie rzucę. Już więcej nim nie rzucę… - Nie potrafiłem usłyszeć tego co szeptała sama do siebie. Ostatecznie potrząsnęła głową, a rękawem koszuli wytarła swoje łzy. Trzymała w dłoniach skrzypce i była gotowa do gry.
                Już kilka nieprzerwanych minut odgrywaliśmy jedną z jej przebojowych piosenek. Wiedziałem, że pokazanie mojej artystycznej strony na samym początku będzie dobrym startem znajomości. Jak na nasz pierwszy duet, wyszło zaskakująco dobrze, byliśmy tylko troszkę niezgrani. Przez cały ten czas, kiedy trzymał smyczek w dłoni, nie uśmiechnęła się ani razu, jakby została zmuszona do grania ze mną, a na pewno nie o to tu chodziło. Skończyliśmy, a Leah odstawiła skrzypce niedaleko pianina. Uśmiech dopiero wtedy zagościł na jej twarzy.
- Eh… mogło być lepiej, nie uważasz? Trochę się krzywo zgraliśmy. – Wyrzuciła z siebie wzdychając. Pot powoli spływał po jej czole. – Czyli jednak nie umiesz grać.
- Przepraszam, co? To ty przecież dołączyłaś do mnie, ty nie umiałaś się zgrać. – Odpowiedziałem lekko uniesionym tonem głosu.
- Że niby ja nie umiem grać swojej własnej piosenki? Słyszysz co mówisz, lunatyku? – Wyraziła jasno zdziwionym tonem. Po kilku sekundach utrzymywania poważnej miny w końcu odpuściła i parsknęła głośno śmiechem, ja zaraz po niej zrobiłem to samo. – Dzięki za to. Potrzebowałam zagrać z kimś tak po prostu, dawno tego nie robiłam.
- Huh? Nie ma za co, naprawdę. To nie tak, że masz wolną rękę? Tak naprawdę w wolnym czasie możesz grać z kim chcesz, mylę się? – Byłem trochę zdziwiony. Patrząc na wszystko co do tej pory zdążyłem się o niej dowiedzieć, była naprawdę smutną kobietą. Kariera ją przytłaczała, wyglądała jakby nie dawała sobie z tym rady.
- I to jak bardzo. Koncerty, nagrania i ogółem praca zabiera mi za dużo czasu na cokolwiek innego.. Ostatnio starałam się coś namalować, ale niezupełnie mi wyszło.
- Nie może być tak źle. Chętnie zobaczę, jeśli nie masz nic przeciwko. Studiowałem antropologię, nic nie będzie gorsze od rysunków gównem na ścianach. – Odparłem dodając jej trochę otuchy. Parsknęła, a następnie zgrabnie podeszła do niebieskiej szafy na ubrania. Przesunęła jej drzwi i uklękła na jedno kolano. Chwilę zajęło jej wyciągnięcie sporego kawału płótna, ale ostatecznie trzymała je w dłoniach i prezentowała. Przełknąłem głośno ślinę. Ilustracja przedstawiała niechlujnie ułożone, beżowe kształty, przypominające sylwetkę kobiety. Była łysa i naga, całkowicie wrażliwa. Z kącików czegoś co miało być ustami płynęły strużki krwi. Z zamkniętymi oczami i rozłożonymi rękoma stała z podciętymi żyłami. Z czarnego tła za nią wychodziły czerwone, mocarne dłonie dzierżące smyczek od skrzypiec. Włosie przedmiotu, pobrudzone karmazynem, spoczywało na jej gardle.
- Co o nim sądzisz? – Nie potrafiłem uspokoić moich myśli. Co niby miałem jej odpowiedzieć? Że to przerażające? Miałem wprost zapytać o interpretację, kiedy sam przeczuwałem co oznacza? Byłem w kropce, punkcie bez dobrego wyjścia. Głęboko wpatrywałem się w jej szare oczy, były przepełnione strachem. Niepewny uśmiech drgał, kiedy nagle drzwi do pomieszczenia otworzyły się z hukiem.
                Wysoki i chudy blondyn wydawał się być wściekły. Na jego twarzy odgrywano spektakl przeróżnych emocji. Średniej długości włosy ułożone w artystycznym nieładzie nachodziły mu na oczy. Poznałem go bez chwili zwątpienia, to był Adrian Core, wychodziło na to że Leah nie kłamała. Zanim zdążyłem jakkolwiek zareagować, podbiegł do dziewczyny i agresywnie chwycił za dłoń. Widziałem to za wiele, piekielnych, razy. Instynktownie zmrużyłem oczy ze strachu. Naprawdę byłem tchórzem.
- Ile razy muszę to powtarzać, Leah? Nie za taki poziom niesubordynacji zmarli nasi przodkowie! Chcesz zawieść wszystkich? Nawet mnie? Wiesz, że to nie pozostanie bez echa. – Widziałem jak ślina tryska z jego ust. Wszystkie te słowa niemalże wykrzykiwał prosto w jej przestraszoną, niewinną twarz. Nie byłem pewien co robić. Zdrowy rozsądek kazał się nie wtrącać, jednak czy tak powinienem był postąpić? Oczy moje i Leah się spotkały. Czułem, jakby mówiły ,,jest w porządku.’’ ,,Zdecydowanie nie jest, Harren’’ – Tak wyobrażałem sobie odpowiedź moich. – Własna piosenka? Jest mi po prostu wstyd! – A następnie seria plasknięć, jedno głośniejsze od poprzedniego. Z każdym kolejnym jeżyły mi się włosy na rękach i nogach. Czy Leah była taka sama jak ja? Czy nauczyła się żyć z tym, że może tylko ona może sobie sama pomóc? Nie miałem bladego pojęcia, jednak odpowiedź sama się narzucała kiedy widziałem jej ciało leżące na ziemi i poddające się sile ciosów. Moją rękę ponownie ciągnęło do kieszeni spodni w której miałem portfel, a tak samo jak w przypadku konfrontacji z Phineasem. Tym razem nie byłem na tyle mocny by oprzeć się pokusie. Pierwszy raz nie uciekłem.
                - Zostaw ją, Core. – Rzuciłem poważnym i zdenerwowanym tonem głosu. Pewnie trzymałem teraz w obydwu dłoniach sztylety, a kartę głupca przyciągnęła ziemia. – Nie wiem o co tu chodzi, ale po prostu ją zostaw.
- Niech się pan nie wtrąca. Zaopiekowałem się panem i pomogłem z tymi złodziejami, nie wtrącanie się w sprawy moje i mojej siostry to minimum o jakie pana proszę. – Odzywał się bardzo formalnie i grzecznie, jednak nie potrafiłem spojrzeć na niego inaczej niż na zwyrodnialca i krzywdziciela kobiety. Na chwilę przerwał okładanie jej i zwrócił głowę w moją stronę. Chodził w czarnym smokingu i czerwonej muszce, stereotypowy elegancik, jak mój brat.
- Nie będę się powtarzać, Core. Daj jej spokój. – Stawiałem pewne kroki w jego stronę. Cały czas analizowałem go wzrokiem i przeszywałem groźnym spojrzeniem. Bałem się jak cholera, ale trzymane sztylety przepełniały mnie odwagą, której pewnie nigdy sam bym nie odkrył. Z każdą sekundą się zbliżałem, aż w pewnym momencie nie wytrzymałem. Adrian parsknął. Byłem zmieszany co do podchodzenia z bronią, jednak za bardzo widziałem w nim mojego brata. Nie podobało mi się to, a jednak. W zamyśle miałem zrobić mu krzywdę. To był czas na przebudzenie się.
                Niewiele myśląc zaszarżowałem na niego. Core mnie nie docenił, tym samym nie zdążył się przed tym obronić. Przerzuciłem jeden ze sztyletów do drugiej dłoni, aby mieć jedną pustą. Runęliśmy na ziemię, a ja nie przestawałem próbować go uderzać. Wydawało mi się, że delikatny i drgający głos Leah coś do mnie mówił, jednak nie potrafiłem usłyszeć dokładnych słów. W mojej głowie istniał ciąg negatywnych myśli, a każda z nich kończyła się słowem ,,Phineas’’ albo ,,zemsta’’.
- Nienawidzę cię, Phineas! Nienawidzę cię, Phineas! – Powtarzałem w kółko starając uderzać się Adriana w lekko osłoniętą twarz. Przez chwilę zobaczyłem przymykającą obok Harren, niezgrabnie wychodzącą z pokoju. Chciałem być w końcu bohaterem. W efekcie przepychanki zobaczyłem coś intrygującego. Core na swojej szyi nosił naszyjnik do złudzenia przypominający kartę. ,,A więc tak to wygląda.’’ – Skwitowałem w głowie. – Dlaczego to jej robisz, Core? Dlaczego to przed nią ukrywasz?!
- To nie jest twój zasrany interes! Robię co muszę aby ją chronić! – Wykrzyknął po czym kopnął mnie w bolący już brzuch. Ból przeszył całą dolną partię mojego ciała, odruchowo się za niego chwyciłem i upadłem na podłogę. Przeciwnik nie dał mi nawet chwili na pozbieranie, nawet na to nie liczyłem. Przerażało mnie to jak bardzo polegałem na tych nadnaturalnych sztyletach i jak szybko się do nich przyzwyczaiłem, jakby były dla mnie po prostu czymś naturalnym. Adrenalina pozwoliła mi kontynuować. Przez chwilę udawałem że ból się nasila, aby podszedł bliżej. Słyszałem jego powolne kroki z każdą sekundą coraz to bardziej. – Nie zrozumiesz tego. – Westchnął głośno, po czym rzucił się na mnie.
- Nie chcę rozumieć. – Odpyskowałem a następnie zrobiłem unik, przetaczając w lewo. Musiałem przyznać, przez pianino nie było tutaj dużego pola do popisu. Ekstremalnie szybkim ruchem wszedłem na jego plecy i przygwoździłem do podłogi. Chciałem się powstrzymać, ale sama chęć nie wystarczyła. Czarne ostrza nacinały strój mężczyzny i przecinały delikatnie skórę, kiedy jeździłem nimi po rękawach. Core krzyczał z bólu, a moja twarz była jak zrobiona z kamienia. Widziałem w nim Phineasa, nikogo innego. Nie spodziewałem się tego, co stało się potem. Momentalnie huk wystrzału podrażnił moje bębenki uszne. Padłem na ziemię i odwróciłem głowę.
- P-przestań, William! Wszystko jest w porządku. – Zalana łzami twarz artystki patrzyła na mnie z wyrzutem. Z pistoletem, w już opuszczonej dłoni, osunęła się przy ścianie, a ja tylko zawiedziony samym sobą słyszałem dźwięki policyjnych syren za oknem. Byłem niepotrzebnym bohaterem.
                - Popełniłem błąd.. – Rzuciłem w pustkę kiedy policjant wyszedł z mojej celi. Zabrano mi wszystkie personalne rzeczy, nawet kartę. Cieszyłem się, że ją wzięli. Nie mogłem pozwolić sobie na stracenie jej. Policjanci skutecznie mnie nastraszyli. Karą mógł być nawet pobyć w więzieniu przez trzy lata, w końcu napadłem na niego z bronią. Tak bardzo chciałem zdradzić im moją motywację, ale czy miało to sens? Leah do mnie strzeliła. Nie zawahała się. Musiała mieć powód żeby cierpieć, a i tak go bronić, nie zamierzałem oceniać czy był słuszny. Ten dzień naprawdę dawał mi w kość. Czy jednak zamierzałem posłusznie przyjąć swój wyrok? To była już inna sprawa. Cały czas kiedy jeden z policjantów tutaj siedział, ja myślałem. Analizowałem wszystkie scenariusze mojej ucieczki. Nawet jeśli oznaczało to chowanie się przez resztę życia, byłem w stanie zaryzykować, byleby Phineas poszedł na dno ze mną. Jeśli oznaczało to życie w strachu, to przebywanie z moim bratem mnie go nauczyło. Zawsze ciekawiło mnie to, jak naprawdę wygląda ucieczka przed policją. Pokażą moje zdjęcie w telewizji? Ciekawe co dopiszą mi oprócz pobicia, bo jeśli sam mógłbym zasugerować, chętnie jeszcze ponapierdalałbym się z kangurem. Czy bym wygrał? Kto wie, na pewno nie zszedłbym bez walki. Hm… co jeszcze.. Może ugotowanie ramenu w publicznej pralni? Już widzę tego gościa który wypełnia raport i zanosi się ze śmiechu. Stałbym się w końcu sławny, nawet jeśli z tak głupiej rzeczy. Znaczy, teoretycznie głupiej, bo pewnie wyglądałoby zajebiście. Taa, ciężko mi było obmyślić faktyczny plan ucieczki.
- Oj, William, w co ty się wplątałeś tym razem? – Jakiś dziwny, wysoki, melodyjny i męski głos dotarł do moich uszu z lewej strony. Instynktownie przekręciłem głowę, tylko aby ujrzeć pustą przestrzeń. To, że nikogo tam nie było, zaskoczyło mnie jeszcze bardziej. – Jesteś głuchy? Stoję po prawej. – Namówiony, spojrzałem w prawo. Tym razem coś tam faktycznie było. Średniego wzrostu młodzieniec, na oko strzeliłbym 21 lat, z wyraziście czarnymi włosami uśmiechał się lekko do mnie. Zaniepokoił mnie widok zakrwawionego bandaża owiniętego wokół jednego z jego oczodołów. Ubrania nieznajomego przypominały szlacheckie szaty otulone barwami żółci, czerni i czerwieni.
- Skąd znasz moje imię? – Wypuściłem z siebie pierwsze, głupie pytanie.
- Znam imiona wszystkich, Drainashe.
- W takim razie jak nazywa się moja matka?
- Eleanor Drainashe. Nie testuj mnie.  
- Jebany. Dobry jesteś. Kim ty w ogóle jesteś? Wątpię w to, że gliną. – Musiałem przyznać, ciekawił mnie. Pojawił się znikąd w mojej celi, a drzwi nawet się nie otworzyły. Jego ubrania były w gorszym stanie niż moje, nawet jeśli wcześniej to ja zostałem pobity. Kim on był?
- Owszem, nie jestem. Możesz mówić mi Judgement. Wiem kim jesteś, William. Dokładnie wiem kim jesteś. Wyciągnę cię stąd, ale będziesz mi winien przysługę. Nawet nie musimy o tym dyskutować, wiem że się zgodzisz. – Jakie miałem inne wyjście? Sam nie dałbym rady. Musiałem mu zaufać, nawet jeśli go nie znałem. Jakoś dostał się do mojej celi nie otwierając drzwi, nie? Normalnie by mnie to zaskoczyło, gdyby nie wydarzenia tego dnia. Moja fascynacja mieszała się ze strachem, każda kolejna godzina podważała całą wiedzę, którą posiadłem przez życie. Nie mogłem o tym teraz myśleć. Chciałem wrócić do domu.
                Sam jego pseudonim mnie zastanawiał. Judgement? Czy on.. – Proszę. – Zanim jednak zdążyłem zapytać samego siebie, odpowiedź już czekała. Obcy w swoim wskazującym i środkowym palcu trzymał kartę z numerem 20, osąd. Był kolejnym tarotem z Hideaway.
- Czy odpowiesz mi na jakiekolwiek pytanie z tym związane? – Miałem wątpliwości. Wszyscy którzy byli w jakiś sposób powiązani z bliznami i kartami tarota bali się mówić, albo po prostu nic o tym nie mówili. Pozostawały resztki nadziei, że Judgement wiedział więcej.
- Przykro mi, ale nie teraz, William. Wszystko przyjdzie z czasem. Na razie musisz stąd wyjść i na tym się skup. – Uśmiech zniknął z jego twarzy, a on sam odpowiedział mi ciężkim i poważnym tonem głosu. Rozpiął kilka guzików swojej szaty, ukazując światu swoją niewysportowaną klatkę piersiową. Nie miałem pojęcia dlaczego tak robił, jednak byłem zdany tylko na jego łaskę, nie chciałem kwestionować jego metod. Mocno chwycił dłońmi za metalowe pręty tworzące wejście do mojej celi i w mgnieniu oka zniknęły. Mój mózg nawet nie zdążył przeprocesować tego co się właśnie stało. Jak to po prostu kurwa zniknęły? Po chwili stało się coś, co oderwało mnie od przemyśleń. Judgement upadł na podłogę bardzo nienaturalnie. Leżał brzuchem do dołu, a spod jego ciało wytryskała krew. Rozszerzyłem oczy. Instynktownie podszedłem i podałem mu pomocną dłoń. – Przestań! Potrafię sam wstać. Nie potrzebuję litości. – Zawarczał zdenerwowany, powoli i ostrożnie wstając z podłogi przy pomocy rąk. – Kurwa, nie chciałem pobrudzić ubrań, a i tak to zrobiłem. Nieważne. Idziesz?
- J-jak ty to..? – Nadal nie mogłem zrozumieć. Po prostu usunął drzwi z egzystencji? Sztylety i ubrania to jedno, ale coś co faktycznie wpływa na rzeczywistość? Nie mogłem tego wytrzymać, zaczynała boleć mnie głowa. ,,Antropologia to kłamstwo; Okłamywali cię, Will.’’ – Te dwa zdania tworzyły pętlę przerażenia w środku mojego małego, wrażliwego i ludzkiego umysłu. Chciałem odpocząć. Musiałem odpocząć.
- William! Jesteś tam? – Poczułem ciepło na policzku. Piwne oczy Judgementa głęboko przeczesywały moje. Czy ja.. – Nie możesz się poddać, William. To dużo, wiem, jednak przywykniesz. Zmuszę cię do przywyknięcia. - Całe moje ciało się trzęsło. Czy to był strach? ,,Oczywiste, strach przed nieznanym towarzyszący nam od lat.’’ – Stwierdziło moje wewnętrzne wcielenie wykładowcy. Teraz, kiedy przeżywałem go na własnej skórze, mogłem powiedzieć, że różnił się o wiele od tego jak go opisywano. – Phineas. Twój brat, Drainashe. Nie zapominaj. – Dopiero te frazy potrafiły mnie wybudzić z szoku. Miał rację, nie mogłem teraz odpaść, nie teraz, kiedy plan był już praktycznie na wykończeniu.
- W-wróciłem, Judgement. Chodźmy. – Potrząsnąłem głową i głośno westchnąłem. Nie było czasu na wątpliwości. Nieznajomy przeszedł obiema nogami przez miejsce w którym kiedyś stały kraty. Bardzo zauważalnie się chwiał, a jedną dłoń trzymał na piersi. Chciałem pomóc, jednak odrzucał moją wolę na każdym kroku. Podążałem blisko za nim. Miałem złe przeczucie co do jego stanu.
                Moje serce biło z niewyobrażalną prędkością. Ciało naładowane adrenaliną ledwo chciało usiedzieć w samochodowym fotelu. Udało nam się. Jechałem teraz w stronę mojego mieszkania, a poturbowany Judgement siedział z boku. I nie mogłem sobie przypomnieć co dokładnie tam zaszło, ale nie obchodziło mnie to. Chciałem wyłącznie uciec, nieważne za jaką cenę. Nie mogłem patrzeć na osąd jęczący i ciężko dychający nieopodal. Krew sączyła się z kilkunastu otwartych ran na jego ciele, jednak nadal odmawiał pomocy na każdym kroku. Chciałem zawieźć go do szpitala, jednak zagroził mi kiedy to zaproponowałem.
- T-to co mam z tobą zrobić? – Mój głos się trząsł. Martwił mnie. A co jeśli umrze w moim samochodzie? Co będzie wtedy? Śmiałem się tylko z dopisywania rzeczy do akt, nie chciałem tego..
- O-odezwę się jak b-będę potrzebować przysługi. Żegnaj. – To były jego ostatnie słowa przed zniknięciem. Rozpłynął się w powietrzu. Tym razem nie spanikowałem tak bardzo, jak poprzednio. Zmarszczyłem natomiast brwi zobaczywszy plamę jasnej krwi na przedniej szybie. Kaszlnął nią. Zawiedziony, westchnąłem. Niczego się od niego nie dowiedziałem, a tylko przysporzyło mi to pytań. ,,Muszę zakończyć ten dzień z pierdolnięciem!’’ – To była ostatnia, pozytywna myśl która ustała przy życiu w mojej głowie. Plan się nie zmienił, nieważne jak wiele kłód pod nogi zostanie mi rzuconych.
                Wszystko ułożyłem zgodnie z moją artystyczną wizją. Wyglądała pięknie wśród rekwizytów i opatulona jego kurtką. W domu nie przebywałem długo, zabrałem potrzebne mi rzeczy, ją, a następnie pojechałem do Nashville. Podróż zajęła mi niecałą godzinę, bowiem potrzebowałem tylko okolicznego lasu. Na myśl o tym, że muszę się z nią pożegnać pękało mi serce. ,,To dla wyższego dobra’’ – Pocieszałem się, szukając w kieszeni jeansów zapalniczki. Podpaliłem ułożony wcześniej mini-ołtarzyk i pobiegłem w stronę samochodu ze łzami w oczach. W przednim lusterku widziałem piękne gamy kolorów jakie stały się suknią płomieni. Kochałem swojego brata. To on nie kochał mnie.
               
               
               
               
               
               


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

VI. Obusieczna obojętność

II. Dajcie mi się wreszcie poddać...