II. Dajcie mi się wreszcie poddać...
Judasz, Montreal
Z założonymi na uszach wygodnymi
słuchawkami wsłuchiwałem się w relaksujący dźwięk deszczu, który sam sobie
puściłem. To była jedyna decyzja którą podjąłem własnoręcznie, a przynajmniej
nie potrafiłem przypomnieć sobie innej. Dochodziła druga w nocy i chociaż
rozsądniej byłoby się położyć, wiedziałem że nie będę mógł usnąć. Wymęczone
oczy nie przestawały mnie szczypać, jednak zdążyłem się przyzwyczaić. Miałem na
drugie imię bezsenność. Nienawidziłem jesieni tak bardzo. Podczas akurat tej pory
roku moje uczucia się nasilały, bowiem jest ona końcem pewnego pokolenia
roślin. Lubiłem porównywać to zjawisko do ludzi, bo tak jak liście z drzew,
pewnego razu po prostu wypadamy z obiegu, a nikt nie docenia tego co zrobiliśmy
dla świata. Życie nasze jak i roślin więdnie, stając się bezwartościową kupą
wspomnień po której swoimi brudnymi butami depczą inni, wartościowsi. Czułem,
że byłem wyjątkiem, ponieważ nie przeszedłem tego procesu. Nigdy nie dano mi
szansy…
Mój umysł rozpadał się pod
naporem przerażających, a jakże prawdziwych myśli. Dlaczego nikt nigdy nie
chciał mi pomóc? Co takiego uczyniłem dla świata, że stałem się niczym
trędowaty? Kim jestem by dziedziczyć los Hioba? Nikt nigdy nie odpowiedział na
żadne zadane przeze mnie pytanie. Dla nich, byłem niczym innym jak zdrajcą. Mój
ojciec nawet nie musiał się wysilać, zaraz po moim narodzeniu nazwał mnie
Judasz, a kiedy pytałem o co chodzi odpowiadał: ,,Sprzedałeś życie pięknego
istnienia jakim była twoja matka, aby tylko oddychać, splugawiony ciężkim
grzechem. Dlatego, Judaszu.’’ Pierdol się.
Byłem najmłodszym z
czteroosobowego rodzeństwa, miałem negatywnie wyróżniające się imię, historię,
jednak ojciec nigdy się mnie nie wyrzekł, a ja byłem zbyt przerażony żeby
zapytać dlaczego. Albert Prouffner był naukowcem do spraw robotyki w jakiejś
znanej firmie, której nazwy do teraz nie potrafiłem zapamiętać. Nigdy nie
mogliśmy narzekać na brak pieniędzy, ale zdążyłem przekonać się, że to nie one
są najważniejsze w życiu. Potrzebowałem kogoś. Sam byłem i nadal jestem niczym.
Nie potrafiłem spełnić ambicji ani żadnych oczekiwań, urodziłem się ptakiem bez
skrzydeł. Czułem szydzące spojrzenia ludzi w liceum, nikt nie mówił mi w twarz,
ale ego moich kolegów z klasy miało wyśmienitą ucztę z podanych na tacy porażek
Judasza Prouffnera. Była grupa ludzi, która przyjęła mnie w takim stanie w
jakim faktycznie byłem, jednak nie byliśmy przyjaciółmi, oni maksymalnie
zatrzymywali mnie od przepisania się do innej szkoły. Z niektórymi nawet teraz
pracowałem, ale na tym się kończyło. Julien
był jedyną osobą, której na mnie zależało, a mnie na nim. Próbował mi pomagać
przez całą szkołę średnią, nawet jeśli zazwyczaj kończyło się to fiaskiem. Ja
natomiast go nie wykorzystywałem, w przeciwieństwie do reszty. Julien wydawał się
zawsze wiedzieć co robi dana osoba w konkretnym czasie, jednak tylko
ogólnikowo. Sam w to nie wierzyłem. Podobno znał odpowiedzi na wszystkie
sprawdziany nawet miesiąc przed zapowiedzeniem ich. Nienawidził się tym
chwalić, chociaż nikt na to nie zbaczał. Wkrótce dowiedzieli się nawet
nauczyciele, ale żadnego dowodu na zarzucane mu zbrodnie nie przedstawiono. Julien zawsze mówił, że tylko przy mnie czuje się jak ,,człowiek’’ a nie
maszyna do oszukiwania. Był bardzo ciekawym człowiekiem z mnóstwem historii,
którymi próbował zachęcać mnie do konkretnych zawodów i profesji. Lubiłem
słuchać, nawet jeśli czułem, że nie skorzystam z propozycji. Opowiadał również
często o technologicznych i informatycznych nowinkach, podniecał się nawet
mógłbym rzec. Jego największym marzeniem było włamanie do baz danych
Waszyngtonu i poznać ich wszelkie, brudne sekrety. Osobiście uznawałem to za
trochę głupie, ale czy miałem prawo oceniać? On przynajmniej miał jakieś
marzenia, a to lepsze od bycia pustą powłoką. Miałem ochotę do niego napisać,
bo wiedziałem że nie śpi, ale w ostatnim momencie się powstrzymałem. Nie
chciałem być dla niego większym ciężarem niż do tej pory. Nie chciałem by
zostawił mnie tak, jak to zrobiła Orlane…
tak jak zrobili to Elliot i Elias. Nie miałem odwagi nawet do nich
zadzwonić. Byli lepsi. Nie chciałem zabierać im czasu, nawet jeśli tęskniłem za
nimi tak, cholernie, bardzo. Kto by tęsknił za zdrajcą?
Powoli miałem dość swojego
umysłu, który jednocześnie był osobą wykonującą mój wyrok. Nic się nie
zmieniło, nadal byłem sam, nadal bez pomysłu na siebie. Nagle znikąd na biurko
wskoczył Milo, mój kot. Zasłaniał mi
monitor komputera, ale nie miałem serca żeby go tak po prostu odtrącić. Jego
szare, puchate futerko błyszczało w świetle urządzenia. Patrzył na mnie,
siedzącego rozłożonym na fotelu, przykryty purpurowym kocem, jakby z troską w
oczach. Czasami wydawało mi się, że wie więcej niż chce wiedzieć. Krótko potem
Milo zgrabnie przeskoczył na moje kolana i zaczął mruczeć, łasząc się o mój
brzuch.
- Przepraszam, Milo. Już idę spać, obiecuję.
Ty też powinieneś. – Wyrzuciłem zmęczonym głosem w jego stronę. Zależało mi
na nim bardziej niż na sobie, a on nie chciał odpoczywać jeśli wiedział, że ja
jeszcze nie śpię. Głupek.
Moja kawalerka została
podarowana mi w prezencie na 18 urodziny przez ojca. Znajdowała się w samym
środku Montrealu, co oznaczało mniej więcej tyle, że nigdy nie było tu ciemno.
Miasto wydawało się żywsze o każdej porze dnia bardziej niż ja kiedykolwiek. Z
jednej strony było mi przykro, natomiast z drugiej malutka drobinka mojej duszy
cieszyła się, że przez ludzi takich ja inni mogą wieść życie pełne sukcesów. Jeśli
ode mnie zależałby poziom szczęścia kogokolwiek innego, z przyjemnością
poświęciłbym wszystko, nawet jeśli nie mam nic… Wszystkie gwiazdy mają powód,
prawda? Cel dla którego lśnią. Czy byłem chciwy twierdząc, że też chcę taki
mieć? Dlaczego nikt nie chciał mi tego powiedzieć? W jaki sposób chcą żebym żył
z góry traktując mnie jak martwego?! Chcę być przydatny, po prostu powiedzcie
kogo chcecie we mnie widzieć… Chcę, żeby ktoś mnie potrzebował…
Rzuciłem się w końcu na łóżko
pokonany przez filozoficzne rozmyślania na temat bezcelowej wędrówki. ,,Po
prostu idź spać, Jud. Zapomnisz’’ – Pocieszałem się w myślach. Sen zawsze był
nieuniknionym ratunkiem, a tym samym początkiem następnego dnia, pełnego bólu i
źle podejmowanych decyzji. Wiedziałem, że pewnego razu to wszystko się skończy,
czekałem tylko na znak. Byłem umówiony na jutro z Ashley, mieliśmy iść na jakiegoś drinka a potem do pracy. Trochę
nieodpowiedzialnie, ale byłem pewien, że dam sobie radę z robieniem masaży po
szczątkowej ilości alkoholu. Chyba potrzebowałem takiego wypadu, patrząc na mój
dzisiejszy stan psychiczny… Stwierdziłem, że to czas wyłączyć swoje myślenie i
pójść spać. Przykryłem się puchową kołdrą i z Milo u boku usnąłem, przytulony
do poduszki.
Poprzedniego dnia zapomniałem
zasłonić żaluzje i dosyć szybko ten błąd o sobie przypomniał, wpuszczając
niewyobrażalną ilość wiązek światła przez okno. Nie miałem ochoty wstawać. Po
co? Wiedziałem, że jeden dzień niczego nie zmieni. Nadal będę nikim. Poniekąd
jednak czułem, że ktoś mnie przymusza. Milo głośno miauczał i mruczał, łasząc
się o moją twarz. Wiedziałem, że muszę o niego zadbać, że ma tylko mnie.
Bezsilnie wyciągnąłem rękę do przodu i potarmosiłem brudnoszare futerko. Było
takie miękkie…
- Już wstaję, Milo. Pewnie jesteś głodny, co? Zaraz
coś na to zaradzimy. – Powiedziałem do niego zmęczonym i delikatnym głosem.
Odrzuciłem zgrabnym ruchem kołdrę na bok, przetarłem oczy i wstałem z łóżka. Chwilę
zajęło mi dojście do kuchni i wyciągnięcie z szafki karmy. Nie zwlekając ani
chwili, napełniłem czerwoną miseczkę z wygrawerowanym napisem ,,Milo’’, a zaraz
potem patrzyłem jak kot brytyjski wcina aż mu się uszy trzęsą. Uśmiechnąłem
się. Dobrze było mieć kogoś kto umili ci czas na resztę dnia. Nagle usłyszałem
dzwonek telefonu ze strony sypialni. Zostawiłem Milo z jego posiłkiem i
ruszyłem w stronę dźwięku. Komórka leżała na stoliku nocnym, zaraz obok średniej
wielkości budzika. Kiedy pierwszy raz rzuciłem spojrzeniem na wyświetlacz,
wydawało mi się że widziałem niecodzienne imię. ,,Elliot’’. Moje serce zabiło
szybciej. Czemu tak po prostu miałby odzywać się po tak dużym czasie
nieobecności? Nie miałem pojęcia, chciałem tylko usłyszeć głos. Odebrałem
telefon i przyłożyłem do ucha.
- Elliot? – Głupio wydukałem zdziwionym
głosem. Bałem się. Nie chciałem żeby znowu się rozłączył. Czekałem w strachu
kilka sekund, a potem… potem byłem zawiedziony.
- Huh? Judasz? Tutaj Ashley. – Znajomy,
kobiecy głos mnie przywitał. Spojrzałem na wiszący na ścianie zegarek, była
11:00.
- Jasne, przepraszam Ashley. Co tam? –
Znowu musiałem zacząć udawać promiennego. Nie było co dołować innych moim
samopoczuciem, przez całe swoje życie nauczyłem się doskonale grać.
- Nic konkretnego, śpiochu. Starałam się od
jakiegoś czasu do ciebie dodzwonić, żeby potwierdzić że na pewno przyjdziesz.
Przyjdziesz? Pamiętasz o której i gdzie, prawda? – Brzmiała
pretensjonalnie, zresztą nie dziwiłem się, nie wiedziała jak to naprawdę
wyglądało. Głośno ziewnąłem.
- O 13:00 w ,,Midasie’’, prawda? Ciężko
zapomnieć, kiedy przypominasz o tym praktycznie codziennie od tygodnia. –
Odparłem prześmiewczo. Prychnęła.
- Przypominam, bo wiem jak ciężko jest
wyciągnąć cię z domu. Mógłbyś być bardziej towarzyski… - Gdyby to było tak
proste.
- Mógłbym, ale nie chcę. Jestem bardziej
przystępny do rozmowy w pracy, gdybyś kiedykolwiek chciała zafundować sobie
świetny masaż. – Nie umniejszałem sobie umiejętności. Praca jako masażysta
była w porządku, chociaż to zdecydowanie ślepy strzał.
- Może kiedyś. Dobra, nieważne, muszę kończyć.
Widzimy się za dwie godziny, Jud. – Rozłączyła się. Byłem głupi, łudząc
się, że Elliot tak po prostu zadzwoni. Orlane tego nie zrobiła, więc tym
bardziej on tego nie zrobi. Przypomniało mi się, jak pewnego razu wrócił cały
zakrwawiony do domu. Orlane od razu się nim zajęła, chociaż na początku nie
chciał powiedzieć o co chodzi. Mi nigdy nie powiedział, podsłuchałem jego
rozmowę z siostrą.
Ja i Orlane siedzieliśmy
beztrosko na kanapie, zajadając się popcornem i popijając colą. Oglądaliśmy
jakiś głupi program w telewizji, a oprócz nas w domu nie było nikogo.
Niespodziewanie usłyszeliśmy głośne i paniczne pukanie, jakby ktoś na siłę starał
wejść do zamkniętego pomieszczenia. Nikt nic nie mówił, nie krzyczał, po prostu
pukał. Miałem wtedy 12 lat, Orlane 19. Podskoczyłem ze strachu na kanapie, a
siostra starała się mnie uspokoić.
- Nic się nie dzieje, Jud. Zostań tu, pójdę
otworzyć, okej? – Miała delikatne i melodyjny głos, idealny wręcz do
uspokajania i zapewniania bezpieczeństwa. Mocno trzymałem ją za dłoń. Nie
chciałem, żeby mnie zostawiała. Powoli i cicho kroczyłem za nią, strach ustąpił
miejsca ciekawości. Nim się spostrzegłem, Orlane otworzyła drzwi, a do środku
wpadła nieznajoma figura, cała we krwi i podziurawionych ubraniach. Poznałem
dopiero po ciężkim, przepełnionym bólem głosie.
- P-pomóż m-mi, O-or. C-chyba u-umieram. –
Elliot ledwo wycharkiwał z siebie słowa wraz ze strużkami krwi. Złapałem się
dłonią za usta, żeby nie krzyknąć. Nie mogłem znieść jego widoku w takim
stanie. Orlane szybko odwróciła głowę w moją stronę.
- Nie patrz, Judasz. Idź na górę, ja się nim
zajmę. Dokończymy oglądać później, obiecuję. – Czuć i widać było, że jest
przestraszona i przejęta, ale nadal starała się zachować spokój i uśmiech na
twarzy. Mój żołądek powoli przestawał wytrzymywać. Elliot miał całą twarz, ręce
i ubrania we krwi, a jego nos wydawał się być jakiś krzywy. Chciałem przejąć
chociaż odrobinę jego bólu i byłem pewien, że Orlane także. W połowie się
posłuchałem, szybko przytruchtałem na schody w górę, a tam zaczaiłem się do
momentu aż przejdą do salonu. Pragnąłem wiedzieć dlaczego skończył w taki
sposób, co takiego głupiego tym razem zrobił. Zszedłem powoli, aby nie narobić
hałasu, po skrzypiących, drewnianych schodach i zaczaiłem za rogiem ściany
przed wejściem do salonu. Byłem pewien, że jeśli zamierza go opatrzeć to
najpewniej tam, oczywiście zaraz po obmyciu z całej tej krwi. Faktycznie, było
tak jak przypuszczałem.
- Jesteś idiotą, Elliot! Co ty myślałeś,
wdając się w bójkę? – Orlane nie oszczędzała głosu, ganiła go i krzyczała w
niebogłosy. Wszystko to trzymając w dłoniach spirytus i namoczoną chusteczkę.
- Nie z-zamierzałem im płacić, a o-oni zaczęli
mi grozić. M-mówili straszne rzeczy… - Ledwo co mógł mówić, brzmiał jakby
zaraz miał wybuchnąć płaczem.
- Co niby takiego mówili, że zacząłeś się z
nimi okładać? Jesteśmy Prouffnerami, nam ciągle grożą, Elliot. – Miała
rację. Wtedy jeszcze nie zdążyłem się przekonać, ale teraz wiedziałem. – Zresztą, co ja ci mówiłam? Powinieneś
przestać zanim dowie się ojciec albo Elias. Martwię się o ciebie, Elliot.
- Grozili, że zrobią coś Judaszowi. N-nie
mogłem tak po prostu słuchać tego, jak opisują to co chcą mu zrobić. Co innego,
gdyby mówili o Albercie, Eliasie czy tobie, ale Jud? Dobrze wiesz, że on jako
jedyny nie da sam sobie rady w tym świecie z tym nazwiskiem. Jesteśmy jego
stróżami, Orlane. – Wybuchnął. Nie wytrzymał. Jego twarz zalała się łzami.
Wtedy jeszcze mu na mnie zależało. Dlaczego mnie zostawiłeś, Elliot? Gdzie
podziali się teraz moi stróżowie? Nie miałem pojęcia. Po prostu zniknęli. Teraz
miałem Juliena, Ashley i kilku innych znajomych. Musiałem działać z tym czym
miałem.
Odłożyłem na telefon obok
budzika, tam gdzie leżał wcześniej. Nie chciałem teraz o nich myśleć, zostawili
mnie, a ja najprawdopodobniej znałem powód. Chcieli być wolni. Odciąć się od
natrętnego i pesymistycznego, młodszego brata, który nigdy nie potrafił sam
znaleźć sobie czegoś do roboty. Musiałem przestać o tym myśleć. Dałem z siebie
wszystko.
Ruszyłem do łazienki, musiałem
się umyć, a nawet miałem ochotę wziąć zimny prysznic. Zrzuciłem z siebie
wszystkie ciuchy, wyciągnąłem z szafki średni, metalowy grzebień i przeczesałem
gęste, złote loki, znak rozpoznawczy Prouffnerów, one nigdy nie pozwalały mi
zapomnieć, a jednak nie chciałem ich ścinać. Nie przejąłem się zbytnio workami
pod piwnymi oczami, teraz były standardem w pakiecie. Wziąłem krótki prysznic,
tak krótki, że nawet tym razem oszczędziłem sobie płacz. Osuszyłem krótkie
włosy, wytarłem dokładnie ciało, a następnie założyłem czarną koszulę z żółtymi
guziczkami. Lubiłem bardzo połączenie tych dwóch kolorów, dlatego zazwyczaj się
w nie ubierałem. Szelki o kolorze popołudniowego słońca świetnie wpasowywały
się w beżowe, materiałowe spodnie. To, że potrafiłem sam całkiem fajnie dobrać
ciuchy, napawało radością. Założyłem też białe rękawiczki, moje dłonie całkiem
szybko ziębły w przeciwieństwie do reszty ciała. Pamiętam jak Matheo podarował mi pierwsze rękawiczki
w moim życiu, kiedy odkrył że moje dłonie szybko marzną. Wybieraliśmy kilka
godzin, co chwilę pytał czy jestem pewien że chcę te, a ja nigdy nie mogłem
wybrać. Zawsze miałem wrażenie, że dbał o mnie bardziej niż rodzony ojciec. Ba,
to nawet nie było przeczucie, tak po prostu było. Byłem ciekawy czy nadal
pracuje w rezydencji, bo jeśli tak, to musiał być całkiem samotny, patrząc na
to że ojca nie ma całymi dniami, a wszystkie jego dzieci się wyprowadziły. Może
powinienem był go odwiedzić? Też za nim tęskniłem..
Nienawidziłem zostawiać Milo
samego w mieszkaniu na kilka godzin, ale nie miałem za dużego wyboru. Chciałem
udowodnić Albertowi, że potrafię utrzymać się sam i wyjdę na ludzi, a to były
tego konsekwencje. Moja upartość i egoizm od dawna doprowadzały mnie wybrukowaną
ścieżką prosto do grobu. Zamiast przyznać się do błędu, ciągle zacieśniałem
pętlę wokół swojej szyi. Teraz było za późno żeby nad tym rozmyślać, musiałem
wziąć się w garść i po prostu przeżyć. Zamknąłem za sobą drewniane drzwi na
klucz. Założyłem grubą, puchową kurtkę, a w jednej dłoni trzymałem czarną
parasolkę. Ta jesień była specyficznie zimna, znacznie zimniejsza od
poprzedniej, a dodatkowo rozpętała się ulewa. Głośno i głęboko ziewnąłem,
czułem że to nie będzie produktywny dzień. Z przyzwyczajenia sprawdziłem
skrzynkę na listy, zazwyczaj nic w niej nie znajdowałem, dzisiaj jednak stał
się cud. Wyciągnąłem czerwoną kopertę ze złotymi ozdobami, wyglądała bardzo
gustownie. Nikt nigdy nie pisał listów, bo po co to robić w dobie Internetu?
Miałem nadzieję, że jednego dnia po prostu… nie wiem.. Delikatnie rozerwałem
kopertę i wyciągnąłem otwieraną kartkę z napisem ,,Zaproszenie’’ na froncie.
Dałem upust swojej ciekawości, spoglądając na zawartość. Moja szczęka upadła aż
do samej ziemi.
,, Z ogromną radością mamy
przyjemność zaprosić cię na nasze wesele, Judaszu, które odbędzie się
21.11.2019r. w naszym rodzinnym domu, w Montrealu. Zachęcamy do przyjścia z
osobą towarzyszącą! PS. Mam nadzieję, że tam szczerze porozmawiamy, Jud.
Orlane i Leo
Co niby miałem
czuć? Radość, bo w końcu spotkam się z siostrą? Zostawiła mnie na samym dnie,
do kurwy nędzy! Myślała, że jeden list wystarczy by to naprawić? Nawet nie
potrafiła zadzwonić… Czemu dopiero tam chce
szczerze rozmawiać? Byłem zmieszany, nie dało się tego ukryć. Jeśli chce żebym
powiedział, że jej wybaczyłem, to musiałbym skłamać. Kim w ogóle był Leo?
Nieważne. Wesele miało odbyć się za tydzień, faktycznie dostałem wcześnie znać…
Szybko wróciłem do mieszkania i wyrzuciłem list na stół. Nie chciałem o tym myśleć.
Nie teraz. Zatrzasnąłem drzwi.
Mieszkałem w centrum, ale Ashley
nie miała takiego przywileju. ,,Midas’’ znajdował się po drugiej stronie
miasta, a ja nie byłem w posiadaniu własnego samochodu. Odkładanie na niego
pieniędzy było u mnie bezcelowe, proszenie ojca tym bardziej. Wolałem korzystać
z komunikacji miejskiej, w moim przypadku była zwyczajnie wygodniejsza. Kupiony
i skasowany bilet schowałem w kieszeni kurtki. Miałem jakieś 20 minut drogi,
więc rozsiadłem się wygodnie, włożyłem białą słuchawkę do jednego ucha i
wpatrując się w zamgloną szybę słuchałem muzyki, to był mój typ relaksu. W
autobusie było dosyć mało osób, ale to zrozumiałe, mieliśmy piątek, więc
większość ludzi jest albo w szkole, albo w pracy, było mi to obojętne i tak nie
lubiłem tłumów. Oprócz mnie siedziała z przodu jakaś starsza parka i matka z
dwójką bliźniaków. Patrząc na nich przypominałem sobie o Orlane i Eliasie,
którzy też byli bliźniakami. Słyszałem, że zazwyczaj takie osoby są do siebie
podobne charakterami, ale w ich przypadku to się nie sprawdzało. Orlane była
kochana. Była niczym matka, którą im zabrałem. Elias natomiast był zimny i
obojętny, ale tylko w stosunku do mnie, prawdopodobnie powielał opinię ojca, a
ja nawet nie miałem jak się z tego wytłumaczyć. Miałem do końca swego życia
przepraszać ich, że się w ogóle urodziłem? Nie zamierzałem tego robić. Stało
się. Musieli z tym żyć.
- Pozwolisz Wiśniowemu anarchiście to zniszczyć, wisielcu? Dołożysz do tego dłoń? – Huh? Niespodziewanie
usłyszałem szepczący głos zza mojej głowy. Przestraszony szybko się odwróciłem,
ale przywitało mnie tylko puste siedzenie. Co to miało być? Wydawało mi się? Prawdopodobnie
byłem przewrażliwiony. Otrząsnąłem się i przetarłem oczy. ,,To nic, Jud.
Zapomnij.’’ – Powtarzałem sobie w głowie, próbując zaciszyć myśli muzyką.
Miałem gęsią skórkę. Chciałem, żeby dzisiejsze spotkanie z Ashley w barze było
w stanie mnie rozweselić.
- Mogę się przysiąść? – Zapytał mężczyzna
stojący nieopodal. Był bardzo brudny i niechlujnie ubrany, wyglądał jak
bezdomny, jednak nie czuć było od niego żadnego smrodu ani zapachu alkoholu.
Patrzył na mnie błagającym wzrokiem. Zachęciłem go dłonią.
- Oczywiście. – Odpowiedziałem przyjaznym
głosem. Nieznajomy nie wahał się i skorzystał z propozycji. Jedna jego dłoń,
odziana pomarańczową rękawiczką bez palców, dzierżyła wypchaną foliową
reklamówkę. Mężczyzna zauważył że się na nią patrzę.
- Trzymam w niej wszystkie potrzebne rzeczy.
Jak widać, nie mam ich za wiele… Kto by pomyślał, że kiedyś byłem na topie.
Zawód nic nie znaczy w życiu, synu. Potrzeba dużo szczęścia, naprawdę duuużo
szczęścia.
- W takim razie nie mam go od urodzenia,
proszę pana. Co takiego się stało, że skończył pan tak, jak skończył?
- Współpracownicy cholerni się stali.
Pracowałem jako dziennikarz jednej z najpopularniejszych redakcji, ale
popełniłem jeden błąd. Potknąłem się.
- To znaczy?
- Zapomniałem, że bycie dobrym w swojej pracy
nie jest dobrem wspólnym. Widzisz, podnosiłem poprzeczkę coraz to wyżej z
każdym dniem. Byłem dociekliwy i żądny sensacji, nieważne jakie konsekwencje
potem ponosiłem. Pewnego dnia straciłem po prostu wszystko. Moi ,,koledzy’’ z
pracy mieli dość roboty na najwyższych obrotach, więc sabotażowali moje źródła.
A teraz jestem tutaj.
- I nikt się nie wstawił? Zupełnie? Nie miał
pan przyjaciół w redakcji?
- Myślałem, że miałem, ale jak się okazało,
zupełnie nie. Traktowali mnie jako swoją kulę u nogi, której należy się pozbyć
na potrzeby grupy. I wiesz co? Z perspektywy czasu to rozumiem. Po prostu mogli
mi to powiedzieć, zanim podjęli decyzję. Świat jest niesprawiedliwy.
- Ma pan zupełną rację. Przynajmniej sprawiała
panu przyjemność ta praca, prawda? Chciałbym kiedyś doświadczyć tego uczucia,
jak to jest być dobrym w czymś, w czym sam chcesz być dobrym..
- To tylko chwilowe szczęście. Największym
szczęściem jest to, kogo poznasz w pracy i nie chodzi mi o moich
współpracowników, a o ludzi z którymi przeprowadzałem wywiady et cetera.
Pomogłem im, a oni teraz pomagają mi. Warto być życzliwym dla ludzi. –
Byłem ciekawy co by powiedziały te dupki z liceum, które naśmiewały się z
każdej mojej porażki. Czy ich życie się układa? Miałem szczerą nadzieję, że
umierają gdzieś z głodu.
- Cieszę się, że jest ktoś kto panu pomaga. Wiem,
że nie powinienem, ale poniekąd zazdroszczę. Ja nie mam praktycznie nikogo
takiego. Czasami mam wrażenie, że Bóg się po prostu pomylił.. – Nieznajomy delikatnie poklepał mnie po
plecach. Na swojej twarzy przywdział najcieplejszy uśmiech jaki widziałem u
człowieka.
- Bóg się nie myli, synu. Wierzę w to, że masz
swój cel do zrobienia na tej ziemi. Wiśniowy anarchista pomoże nam wszystkim go
odnaleźć, bo wrócił. Wrócił, żeby nam pomóc. Z tego co widzę, będziesz po jego
stronie kiedy gówno uderzy w wiatrak. Jak masz na imię? - ..Huh? O czym on
mówił? Czy to ten nieznajomy wcześniej mówił też o tym całym ,,wiśniowym
anarchiście’’? Brzmi trochę tandetnie, ale poza tym, o co w ogóle mu chodziło?
Kim był ten człowiek? Miałem tyle pytań.
- J-judasz. Nazywam się Judasz. A pan? I o kim
pan w ogóle…
- Do następnego razu, Judaszu. Wierzę w to, że
spotkamy się w jego szeregach. – Agresywnie mi przerwał i wstał z siedzenia, a następnie wyszedł na
przystanek. Musiałem przyznać, zostawił mnie w niemałym szoku. Na następnym miałem
wysiąść i chociaż rozmowa była ciekawa, równocześnie była niesatysfakcjonująca.
Wyjrzałem za okno, ale mężczyzny już nie było. W autobusie zostałem ja i
kierowca, który właśnie jechał na ostatni przystanek. Starałem się to
ignorować, chociaż nie było łatwo. Liczyłem na moc tego jednego drinka coraz
bardziej, patrząc na to co się dzisiaj działo. Przez myśl przeszło mi, że praca
jest jedynym miejscem gdzie dzisiaj w pełni się zrelaksuję, oprócz oczywiście
domu. Ironicznie, huh? Otrząsnąłem się i wstałem na nogi. Musiałem mentalnie
przygotować schemat rozmowy z Ashley, jednak robiłem to już tak długo, że
przychodziło naturalnie. Dasz sobie radę, Judasz.
Drzwi stanęły przede mną
otworem, a ja ruszyłem do przodu. Od razu otworzyłem parasolkę, bo deszcz nie
osłabł nawet ociupinkę. Nowoczesny autobus zniknął gdzieś za rogiem ulicy i
budynkami, a ja stałem sam i słuchałem muzyki. Wyciągnąłem telefon żeby
sprawdzić godzinę, 12:59. ,,Powinna tutaj zaraz być..’’ – pomyślałem i się nie
myliłem. Coś dotknęło mnie od tyłu w ramię, odwróciłem głowę i ją zauważyłem.
Kobieta ubrana w czarną, skórzaną kurtkę i jeansowe spodnie, jej krótkie,
fioletowe włosy do podbródka i złote, okrągłe oprawki przyzdabiające limonkowe
tęczówki. To zdecydowanie była Ashley.
- Hej, Jud! Dzisiaj punktualnie, coś się
stało? – Standardowo, jej głos był strasznie wysoki i przepełniony
optymizmem. Byłem tonącym człowiekiem, a ona moim kołem ratunkowym. Za każdym
razem kiedy z nią gdzieś wychodziłem, zarażałem się jej szczęściem. Dlatego ją
uwielbiałem.
- Ażeby to jedna rzecz. Dzisiaj dzieje się
niespodziewanie, kurczę, dużo. W końcu mam co ci opowiedzieć. –
Odpowiedziałem z najsztuczniejszym uśmiechem na ustach, na jaki było mnie stać.
Automatycznie zaczęliśmy iść w stronę ,,Midasa’’, czyli okolicznego pubu.
Miałem przygotowaną falę kłamstw, które przykryją moją depresyjną personę. Czy
ojciec nazywając mnie Judasz wiedział, że będę okłamywać najbliższych
codziennie na przestrzeni całego życia? Nawet jeśli nie, to dobry strzał,
kutasie.
Otrzepaliśmy z deszczu i
złożyliśmy parasolki. Midas był niecałe 5 minut drogi od przystanku, więc za
dużo jeszcze nie zdążyliśmy porozmawiać, wymieniliśmy się tylko przeżyciami z
dnia dzisiejszego. Pub wyglądał tak jak zawsze. Na lewo od wejścia stał bar z
niezliczoną ilością trunków i gromem hokerów. Po prawej stronie natomiast
pojedyncze stoliki wraz z kanapami, prawdopodobnie dla par. Naprzeciwko
znajdowały się toalety. Całe pomieszczenie nie imponowało swym rozmiarem, a
raczej atmosferą i charakteryzacją. Neonowe, złote banery i ozdoby nadawały
lokalowi szlachetności, zwykłe, drewniane stoły i hokery sprowadzały do
parteru, nie dały za bardzo odlecieć w podróż do aury bogactwa. Czułem się
tutaj poniekąd jak w rodzinnym domu, co miało swoje plusy i minusy. Teraz byłem
z Ashley, więc zwyczajnie nie widziałem negatywów.
- A co u twoich rodziców, Ash? Wszystko w
porządku? – Zapytałem. Zdjęliśmy wierzchnie ubrania i wygodnie
rozleniwiliśmy na okolicznych kanapach. Chciałem jeszcze dostać odpowiedź na
pytanie przed pójściem do baru.
- Jest świetnie! Mój tata obecnie pomaga w
Miami na Florydzie, ale wraca za kilka dni. Mama jak zawsze, siedzi w domu i
pisze, ale z tego co wiem to za niedługo ma wysłać treść korektorowi. Nie mogę
się doczekać aż wyrobię sobie taką renomę, żeby pozwolili mi pracować jako
mechanik tej samej firmy na pit stopie. – Odparła, uderzając nogą o podłogę
z podekscytowania. – A jak twój tata? Co
u niego?
- Nie mam bladego pojęcia, nie rozmawialiśmy już
ponad rok. Powiem ci, że sam jestem ciekawy. – Nie byłem. Chciałem jednak wyglądać tak, że
niby trochę mi zależy. Wykorzystałem chwilę przerwy w rozmowie aby wstać od
stołu i podejść do barmana. – Co chcesz?
- Sex On The Beach
proszę. Standardowo! – Odparła na pytanie niemalże natychmiast. Ja
natomiast musiałem pomyśleć. Chciałem coś mocnego czy słabego? Nie powinienem
przychodzić do pracy pijanym, ale czy jeden drink aż tak da mi w kość? Z tego
co zdążyłem do tej pory sprawdzić, miałem całkiem mocną głowę.
- Słyszał pan koleżankę. Ja poproszę Rocket
Fuel. – Nie żałowałem sobie. Dzisiejszy dzień wypełniony po brzegi był
dziwnymi rzeczami, czemu by nie zaszaleć? Zapłaciłem barmanowi za zamówione
trunki i przeczekałem cały proces robienia. Kiedyś zastanawiałem się nad
zostaniem barmanem, ale ostatecznie stwierdziłem, że to nie dla mnie. Jak
wszystko.
- Proszę bardzo. – Rzekł poważnym głosem
barman, kładąc na ladzie naczynia wypełnione obydwoma płynami. Potrafiłem
dostrzec różnicę między drinkiem moim a Ashley, więc wziąłem dwa w dłoń, a już
po chwili Sex On The Beach stał przed jej twarzą na stole.
- Rocket Fuel? A czy ty nie masz przypadkiem
później pracy? – W jej głosie czuć było przejęcie. Lekko się uśmiechnąłem.
- Jeden nie udupi mnie tak bardzo, żeby nie
być w stanie robić masaży, Ash. Ty masz dziś wolne, prawda? – Szybko
przerzuciłem temat z siebie na nią. Nie lubiłem za dużo o sobie mówić.
- Ano. Nie odwracaj kota ogonem, tak czy siak.
Zauważyłam te worki pod oczami. Nie spałeś wczorajszej nocy? Coś się stało?
– Cholera! Wiedziałem, że o czymś zapomniałem. Do tej pory, za każdym razem
kiedy się spotykaliśmy, miałem nałożony makijaż, żeby zakryć te worki pod
oczami. Tym razem go zabrakło...
- Eh… Tak, nie spałem. Dostałem zaproszenie na
ślub siostry, wiesz? Rozmyślałem tak długo, że ostatecznie zanim się
zorientowałem, był już ranek. Żałośnie, prawda?
- Niby czemu? Cieszę się, że dostałeś
zaproszenie na ślub siostry! Musisz jednak bardziej o siebie dbać i uważać na
takie rzeczy. Nie chcę żeby działa ci się krzywda, a ja nawet o tym nie wiem.
– Zakłuło mnie w serce. Dosłownie sekundę temu ją okłamałem, a ona rzucała
takimi tekstami. Czasami zastanawiałem się czy po prostu nie wyznać prawdy, ale
tkwię w tym gównie za głęboko. Nie zamierzam jej krzywdzić.
- Trochę słabo, bo jest za tydzień, a ja nawet
nie miałem czasu się zbytnio wyszykować. Jeszcze poniekąd ,,kazali’’ mi przyjść
z osobą towarzyszącą, niby kogo mam wziąć? – Rzuciłem zmieszany. Jej oczy
mogły zabijać, tak bardzo mnie nimi przeszywała. Ostatecznie się zaśmiałem. – Dobra, dobra. Chcesz iść ze mną?
- Czy naprawdę musisz pytać? Faktycznie słabo,
że tak późno, ale lepiej tak niż wcale, prawda? – Nie powiedziałbym.
- Mhm. Muszę kupić sobie jakiś garnitur i
ogarnąć im prezent, kurwa. Nie wiem czy mam tyle pieniędzy do wydania ot tak.
– Szczerze oznajmiłem. Pensja masażysty ledwo starczała na rachunki, zakupy i
drobne przyjemności, jak miałem zmieścić w budżecie garnitur i prezent?
Zresztą, czemu od razu przyjąłem że na niego pójdę? Co ja w ogóle odjebałem?
- Spokojnie, wszystko ogarniemy. Idę jako twoja
partnerka, więc razem poniesiemy koszty tego ,,wyjazdu’’, okej? Jestem świadoma
twojej sytuacji, a jak jeszcze raz zaskamlesz, że mam nie pożyczać ci
pieniędzy, to cię kopnę.
– Już chciałem się odezwać, ale ze względu na nagłą groźbę, zrezygnowałem.
Ashley była naprawdę dobrą osobą.
- Cokolwiek. – Odpowiedziałem i chwyciłem
drinka w dłoń. Wiedziałem, że kopnie, a właśnie teraz tego potrzebowałem. Długo
się nad tym nie zastanawiając haustem połknąłem ciecz. Momentalnie się
skrzywiłem i uderzyłem dłonią o blat, ale po chwili mój stan został
ustabilizowany. Słyszałem tylko śmiech Ash patrzącej na mnie z politowaniem.
- Widzisz i trzeba było tak cwaniakować?
Skrzywiłeś się jak baba. Hahaha. – Wyglądała całkiem uroczo w różowej
bluzie i czarnym chokerze.
- Czasami trzeba. Teraz mam siłę żeby przeżyć
te osiem godzin pracy śpiewająco. – Chciałem trochę się wybronić, nawet i
bez tego drinka miałbym siłę, ale ona nie musiała tego wiedzieć.
- Jasne.
- Swoją drogą, pamiętasz jak się poznaliśmy?
Próbuję zrozumieć jak królowa mojego liceum nagle została moją przyjaciółką,
pomimo tego że wcześniej szydziła ze mnie przez wzgląd na nazwisko. –
Zmieniłem temat na taki, który naprawdę mnie interesował. Byłem ciekawy jej
odpowiedzi.
- Czy naprawdę powinniśmy do tego wracać? To
było dawno temu, a ja byłam całkiem głupia. – Czuć wyraźnie było jej
niechęć do skoku w przeszłość, ale zamierzałem trochę ją przycisnąć.
- W końcu też masz nazwisko kogoś w miarę sławnego,
prawda Caullie? A jednak stałaś się
przywódczynią tej bandy zwierząt. – Dalej napierałem, tym razem wymieniając
nazwisko jej jak i jej matki.
- Dobra, w porządku. Po prostu zaczęłam
myśleć, co bym zrobiła gdybym była wtedy tobą. Faktycznie, sławne nazwisko
matki narażało mnie na presję, której dałam radę, ale wiedziałam też, że
istnieją osoby które z tym przegrywają. Ty byłeś jedną z tych osób. Gdybym
przegrała, najpewniej bym się… - Zrobiła krótką przerwę. Siedzieliśmy w
ciszy, a ja patrzyłem głęboko w jej oczy i ponaglałem dłonią. - …zabiła. Przepraszam.
- Ale za co? Teraz ci mogę szczerze
odpowiedzieć, że było blisko. Wyciągnęłaś w końcu do mnie rękę, prawda?
Odnalazłem ciebie i Juliena, i wiele innych, którzy chcieli mi pomóc. Cieszę
się z życia, Ash, robię to za te wszystkie chwile kiedy nie mogłem tego robić.
– Czułem jak sztylet uformowany z kłamstw szatkuje moje serce. To bolało, jak
wiele innych rzeczy. Nie mogłem się teraz wycofać.
- W takim razie ja też się cieszę, Jud. Nie
wracajmy nigdy do tego, co było. Teraz jest o wiele, wiele lepiej. –
Odrzekła dokańczając w końcu swój trunek. Wstaliśmy z kanap i przytuliliśmy
się. Była niewiarygodnie ciepła, chociaż w przyjemnym tego słowa znaczeniu.
- Mam jeszcze kilkanaście minut do autobusu
powrotnego, więc odstawię cię do domu, żeby twoi rodzice się nie martwili, że
wrócisz pijana. Idziemy? – Oznajmiłem i w zabawnej formie klepnąłem ją w
ramię. Zarumieniła się.
- Nigdy nie wróciłam pijana! Aż tak… Dzięki, Jud. Jesteś kochany. – Nawet jeśli tylko ona tak uważała na
całym świecie, byłem bardzo szczęśliwy. Starałem się nie skupiać na
rozmyślaniu, iż cała nasza relacja oparta jest na moich kłamstwach. Jeśli moje
cierpienie było ceną za utrzymywanie tej przyjaźni na takim poziomie, na jakim
była, to byłem gotowy zapłacić ją dziesięciokroć. Ubraliśmy na powrót kurtki,
pożegnaliśmy się z barmanem i wyszliśmy z lokalu. Odprowadziłem Ashley pod samą
bramę, jednak jej mama nawet nie wyszła się przywitać, co było dziwne, bo
zazwyczaj to robiła. Zignorowałem to i niewiele myśląc wróciłem na przystanek.
Zaczynałem o 14:30, a kończyłem
o 22:30. Spod domu do spa w którym pracowałem miałem jakieś 10 minut drogi,
więc nie śpieszyłem się za bardzo. Nie wiem dlaczego wybrałem zawód masażysty,
ale nie wiem też czy chciałbym teraz robić cokolwiek innego. Byłem dobry w tym
co robiłem, a jednak to nie była samorealizacja której łaknąłem. Ciężko
osiągnąć coś, co samemu traktuje się jak sukces. Jeszcze ciężej, kiedy sukces
jest nieokreślony, niedopasowany w żadne, znane ramy. W co należy wtedy
celować? Poddać drogę kariery i oddać się rodzinie? Pff, jakiej rodzinie… Potrzebowałem tylko instrukcji obsługi doskonałego
życia. Porady odnośnie podejmowanych decyzji i pobijania kamieni milowych. Mój
umysł był jednym, wielkim labiryntem bez żadnego rozwiązania, nawet podążanie
wzdłuż jednej ze ścianek nie pomagało. Istniała tylko jedna solucja dla takiej
opustoszałej ruiny jaką był Judasz Prouffner.
Wytrzepałem parasolkę z deszczu,
a następnie złożyłem i włożyłem do kurtki, którą powiesiłem na wieszaku w
poczekalni. Na recepcji stała Lissa, kobieta o czarnych jak smoła włosach i
ciężkim charakterze.
- Zobaczcie kto przyszedł, nieudacznik
Prouffner. – Powitała mnie miło jak zawsze. Obrzuciłem ją zdegustowanym
spojrzeniem i prychnąłem.
- Ciebie też miło widzieć, Lissa. Jak tam praca na
recepcji? Przyszedł dzisiaj twój ex? Dawno go w sumie nie widziałem, ostatni
raz jak ostro cię posuwał na zapleczu. – Odgryzłem się. W liceum za taką odzywkę nieźle
by mi dokopali, ale tam liczyła się tylko przewaga liczebna i siła fizyczna,
kiedy w grę wchodzi inteligencja i niszczenie czyjejś mentalności, była to moja
skrywana przyjemność. Z zadziornym uśmieszkiem na twarzy patrzyłem jak tą
bezmyślną kupę mięsa wypełnia wściekłość.
- Spierdalaj, Prouffner. Chuj ci do tego co u
mnie i niego, lepiej nie wtrącaj się w nieswoje sprawy. – Odpyskowała
standardowo jak na amebę przystało. Skierowałem się do szatni, aby założyć swój
do pracy. Przedtem jeszcze pozwoliłem sobie zakończyć rozmowę na mojej
odpowiedzi.
- Czyjeś sprawy prywatne są moim placem zabaw,
skoro mnie samego z tej prywatności ograbiono. Miłej pracy! – Ironicznie
się uśmiechnąłem i odpowiedziałem z najprzyjaźniejszym głosem jaki mogłem obrać
co do tej szmaty. Nie czekając na jej odpowiedź zamknąłem za sobą drzwi do
szatni, a zaraz potem otworzyłem swoją szafkę. Oprócz mnie nikogo nie było,
więc prawdopodobnie mieli teraz klientów. Ekspresowo założyłem białą polówkę,
bordowy fartuch i zdjąłem swoje rękawiczki. Miałem dostatecznie ogrzane dłonie,
więc teraz były zbędne. Stare ciuchy, telefon, portfel i klucze do domu upchałem
do szafki, który następnie zamknąłem metalowym kluczykiem znajdującym się w
kieszeni spodni. Nagle drzwi do szatni się otworzyły, a w nich stanął Liam,
kolega masażysta.
- Oh, Judasz! Dobrze, że już jesteś, bo ja
właśnie kończę i potrzebowałem osoby na zmianę. – Szczerze oznajmił.
Wyglądał jak każdy inny szary człowiek, z brązowymi włosami i zielonymi oczami,
niczym takim się nie wyróżniał. Przez
chwilę dziwnie mi się przyglądał. –
Wszystko z tobą w porządku?
- Huh? Czemu miałoby nie być? Po prostu trochę
się nie wyspałem. – Udawałem nieświadomego, jednak tak naprawdę czułem te
rumieńce na twarzy. Nie dało się ich ukryć.
- Nawet nie o to mi chodzi, te worki pod
oczami to u ciebie standard. Czy ty czasem czegoś nie piłeś? Nie powinieneś w
takim stanie przychodzić do pracy, wiesz o tym prawda?
- Niczego nie piłem, Liam. Na dworze jest
strasznie zimno, więc nic dziwnego że mam rumieńce na twarzy. Ty byłeś
większość czasu w środku, więc jeszcze się o tym nie przekonałeś. – Nie
chciałem żeby wyjebali mnie z pracy przez jakieś nudnego Liama. Musiałem
wierzyć w to, że kupi bajeczkę o zimnej temperaturze i da mi spokój.
- No faktycznie, możesz mieć rację.
Przepraszam, że cię o coś podejrzewałem. – Śmiałem się w środku bardzo, ale
to bardzo głośno. Uwielbiałem takie momenty, naprawdę.
- Nic się nie stało, Liam. Idź już do domu, od
teraz ja się wszystkim zajmę. – Uśmiechnąłem się i poklepałem go po
ramieniu. Chwilę później obydwoje opuściliśmy szatnię, on poszedł w stronę
wyjścia, ja natomiast do sali masażowej.
Lekko masowałem plecy młodej,
pięknej kobiecie. Uwielbiałem robić masaże, bo były one przyjemne dla obydwu
stron, przynajmniej w moim przypadku. Dotykanie delikatnej skóry młodych ludzi
bywało ogromnym relaksem i odcięciem od problemów mojej codzienności. Zazwyczaj
miałem dużo klientów, bo jak mówiłem, byłem świetny. Ludzie uwielbiali do mnie
przychodzić, a ja uwielbiałem ludzi do mnie przychodzących. Nawet zajmowanie
się starszymi osobami nie sprawiało mi problemów. Obecnie wsłuchiwałem się w
ciche, przyjemne jęki masowanej kobiety. W pewnym momencie jednak coś mi nie
grało. Nagle zamiast miękkiej skóry, poczułem zimną, a nawet trochę ostrą
powierzchnię. Klientka się zbytnio nie przejmowała kiedy dotykałem jej swymi
dłońmi, ale mimo wszystko mnie to zmartwiło. Zacząłem przyglądać się dokładnie
temu konkretnego miejscu na jej plecach. Wydawało się dziwnie połyskiwać, a
wyglądało jak… złoto? Mój ojciec uwielbiał przedmioty z tego kruszcu, dlatego
potrafiłem je rozpoznać. Ale… o co tu chodzi? Dużo potu spływało po moim czole.
Próbowałem je zdjąć, ale wyglądało jakby kawałek jej skóry po prostu stwardniał
i nabrał żółtej barwy. Przestraszyłem się. Czy ona o tym wiedziała? Jeśli tak,
to czemu o tym nie powiedziała? Otrząsnąłem się i masowałem dalej. Ludzie mieli
różne choroby skóry, w tym zawodzie można coś takiego spotkać. A tak
przynajmniej myślałem, zanim odkryłem źródło problemu. Kolejne połacie skóry
stały się szorstkie i pozłacane, a to wszystko przez… moje dłonie? To nie mogła
być prawda, huh? To totalnie nie miało sensu. Przepełnił mnie strach. Musiało
istnieć jakieś logiczne wyjaśnienie, prawda? Nie ze mną był problem. To musiała
być jakaś być choroba skóry, no bo co innego? Co, kurwa, innego?!
- W-wszystko w porządku? – Przerwała moje
myśli klientka, która zwróciła swoją głowę w moją stronę. Potrzebowałem uciec.
To wszystko było tylko koszmarem z którego musiałem się obudzić. Może
faktycznie brakowało mi snu? ,,Wydaje ci się, Judasz. Masuj dalej, nic się nie
dzieje’’ – Skwitowałem wszystko co zaszło jedną myślą. Zrobiłem to, co sam
sobie doradziłem. Masowałem dalej, ale w końcu przestałem. Zrozumiałem, że to
wszystko… że to wszystko nie było snem. Im dłużej dotykałem jej pleców, tym
bardziej pokrywało się tym.. czymś.
Pierdolonym złotem czy co to miało być. Cała sceneria wydawało się być niczym
wyrwana za jakiegoś świata fantastycznego. Łzy zaczęły napływać mi do oczu.
Dlaczego to wszystko mi się dzieje? Przez chwilę myślałem, że zemdleję.
Teoretycznie zostały mi trzy godziny pracy, ale wiedziałem że to mój koniec.
Koniec mojej kariery. Wybiegłem z pomieszczenia w stronę szatni, nie zwracając
uwagi na niezadowolenie leżącej za mną kobiety. Szybkimi, spanikowanymi ruchami
wziąłem rzeczy z szafki i się przebrałem. Zostawiłem uniform i kluczyk do
szafki na widoku, wiedziałem że i tak mnie zwolnią. To był ten znak od Boga,
którego potrzebowałem. Koniec. Judasz Prouffner musiał umrzeć.
Teraz nie było już samego
deszczu, dołączyły do niego piorunu i grzmoty. Silny wicher połamał moją
wyrzuconą już do kosza parasolkę i targał moimi nieułożonymi włosami. Kiedyś
miałem taki jeden sen. Dostałem wszystko, czego chciałem. Miałem pasję,
przyjaciół, wymarzoną pracę, a przede wszystkim wolę walki. Stałem na Golden
Gate Bridge i patrzyłem w dół. Co by się stało, gdybym skoczył? Czy poczułbym
ból łamanych kości przy zderzeniu z wodą? Czy całe życie przeleciałoby mi przed
oczami podczas lotu? Zawsze byłem ciekawy, czy tak naprawdę się dzieje. Zabiłem
się. W tamtym śnie, umarłem. Miałem wszystko, a mimo tego, nadal nie potrafiłem
docenić na tyle swojego życia, by chcieć je zachować. Czy to też była jakaś
wizja przyszłości? Czy Bóg chciał mi powiedzieć, że nawet posiadając rzeczy
które pragnę mieć, nadal odbiorę sobie życie? Ciekawe jak jest w niebie. Czy
tam będę mieć co robić? Czy w ogóle do niego trafię? Jak zakończyła się
historia Hioba? Zapomniałem. Kurwa mać, zapomniałem. Będę musiał napisać nowe
zakończenie. Własne zakończenie.
Otworzyłem drzwi do mieszkania i
lekko je przymknąłem. Chciałem żeby ostatecznie ktoś mnie znalazł i wyprawił
odpowiedni pogrzeb. Odpadłem na podłogę i zalałem się łzami. Czy to piekło się
dzisiaj wreszcie skończy? Czy będę mógł przypieczętować swój los? Byłem zły.
Byłem wściekły. Agresywnie wstałem i zacząłem pięściami uderzać w ścianę.
Czułem ciepłe strużki krwi spływające po moich rękach, ale miałem w nie
wyjebane. Musiałem coś jeszcze sprawdzić. Kiedy wychodziłem ze spa, założyłem
rękawiczki, które nabrały złotej barwy. Nie przybrały na wadze, ani nie były szorstkie,
po prostu zmieniły kolor. Uderzając w ścianę, ona tego nie zrobiła. Czy to
kwestia moich nagich dłoni? Na to pytanie chciałem sobie odpowiedzieć. Zdjąłem
jedną rękawiczkę i ledwo co oparłem się dłonią o ścianę. To było
natychmiastowe. Ściana pokryła się ,,złotem’’, ale tylko w tym konkretnym
miejscu. Dość eksperymentów. Założyłem rękawiczkę na powrót i wolnym krokiem,
głośno wzdychając, rzuciłem się na kanapę. Chciałem przed końcem jeszcze
zobaczyć Milo. Jakby na zawołanie kot brytyjski przyszedł, wskoczył na moje
kolana i zaczął się łasić. Przytuliłem go z największym żalem jaki człowiek
może odczuwać. Milo… miał złoty nosek. Był ostry.
- Przepraszam, że ci to zrobiłem, Milo. –
Udało mi się odchrząknąć między szlochaniem. Nie oszczędziłem nawet własnego
kota. Co robi ta ,,choroba’’? Nie miałem pojęcia, nie chciałem wiedzieć. Czułem
w środku, że go doszczętnie skrzywdziłem. Że go zabiłem. Takie po prostu miałem
przeczucie. – Chodź ze mną na chwilę do
łazienki, dobrze? – Powiedziałem wstając z kanapy. Milo ostrożnie szedł
zaraz obok mojej nogi. Kiedy wszedł do łazienki przede mną, wiedziałem co
robić. Szybko zamknąłem drzwi i przekręciłem zamek. Wiedziałem, że jeśli Milo
będzie na mnie patrzył to nigdy nie zdobędę się na odwagę. Tak było po prostu
łatwo. Osunąłem się przy białych drzwiach. – Elliot albo Orlane się tobą zajmą. Obiecuję.
Wyciągnąłem z dolnej szafki
komody przygotowaną pętlę. Byłem gotowy od tak bardzo dawna. Stwierdziłem, że
zrobię to w kuchni, bo tam teoretycznie żyrandol powinien wytrzymać najwięcej.
Przymocowałem do niego linę i mocno zacisnąłem. Byłem całkiem wysoki, no ale
nadal potrzebny był stołek. Podstawiłem jakiś z kuchni i na nim stanąłem.
Wziąłem głęboki oddech. Czy na pewno chcę to robić? Czy chcę to robić teraz?
,,Jak nie teraz to kiedy, Prouffner? Jesteś zdrajcą, taki twój los’’ – Odezwało
się wewnętrzne wcielenie, które starałem się ukrywać, jednak miało rację. Byłem
zdrajcą. Taki był mój los. Kiedy już miałem zeskakiwać ze stołka, zadzwonił
telefon. Niezgrabnie wygramoliłem go z kieszeni spodni i zobaczyłem kto.
Julien. Opadłem z sił. Słyszałem, jak drzwi do mojego mieszkania szeroko się
otwierają.
- Dajcie
mi się wreszcie poddać! – Wykrzyknąłem, a później… później nie było już
nic.
Komentarze
Prześlij komentarz