VI. Obusieczna obojętność

Annabeth, Montreal

                Cisza była bolesna niczym świeżo-wypolerowane ostrze wbite prosto w brzuch. Nie mogłam normalnie patrzeć na ludzi dookoła mnie, byłam przewrażliwiona. Zwróciłam uwagę na szklankę napełnioną do połowy whisky. Zatapiałam smutki? Nie, tłumiłam gniew. Odsunięto mnie od sprawy ze względu na powiązania rodzinne, jednak ja wiedziałam, że to mnie nie powstrzyma. Nikt inny nie zająłby się tym lepiej niż ja, nie wymierzył odpowiedniej kary.
                Siedziałam w barze, dochodziła godzina 23, jednak stwierdziłam że posiedzę trochę dłużej, bo i tak nie miałam po co wracać do domu. Dałam ciała. Popełniłam błędy, jako człowiek i matka. Nie wspierałam jej w chwilach, kiedy potrzebowała pomocy. Ze zmarszczonymi brwiami wpatrywałam się w bardzo jasny ekran mojego telefonu. Dostałam od niej dwie wiadomości przed tym wszystkim. Nigdy nie byłam typem osoby, która odpisuje od razu, tym razem nie było inaczej, lecz składały się na to inne okoliczności. Byłam pokłócona z córką. Mieszkałyśmy tylko we dwójkę, rozwiodłam się z jej ojcem. Była moim jedynym dzieckiem, oczkiem w głowie. Nigdy nie chciałam, żeby zaznała jakiegokolwiek bólu, a moja pensja wystarczała, żeby zapewnić nam obydwu dobre warunki, lecz ona uważała inaczej. Chciała pomóc. Starała się podejmować jakichś prac na pół-etatu, dokładać do budżetu rodziny, chociaż za każdym razem ją za to ganiłam. Byłam nadopiekuńcza, chciałam dać jej cały świat, nie zważając na to, że dawała wyraźne znaki, iż chce zapracować na niego sama. O to się pokłóciłyśmy. Nie wierzyłam w to, że będzie w stanie sama się utrzymać, dać sobie radę beze mnie, a przynajmniej wtedy tak myślałam. Tak naprawdę bałam się samotności, bałam się że zostawi mnie w tyle tak samo jak jej ojciec i zrobiła to. Zrobiła to. Ciągle przecierałam łzy z mojej zaczerwienionej twarzy. Miałam całą bladą skórę, nie potrafiłam się dobrze wyspać. Moje dziecko odeszło… moja jedyna pociecha odnalazła się martwa. Nie czułam już bólu, byłam odrętwiała. Patrzyłam na te pieprzone wiadomości, ściskałam telefon najmocniej jak potrafiłam. ,,Mam prośbę mamo, możesz przyjechać? Przydałaby mi się opinia kogoś z zewnątrz.’’ – tak brzmiał pierwszy tekst. Nie przyjechałam. Uniosłam się człowieczą dumą i stwierdziłam, że jeśli chciała spróbować trudów życia na własną rękę, to proszę bardzo. Zapomniałam, że poza tym, iż jestem człowiekiem, jestem jeszcze matką, której obowiązkiem jest pomagać swojemu dziecku w czasie problemów. Kilka dni później przysłała jeszcze jedną wiadomość, ostatnią przed śmiercią. Było mi tak przykro… ,,Przepraszam, mamo. Miałaś rację, nie dałam rady. Popełniłam błędy, popełniłam ich za dużo. Jeśli się już nie zobaczymy to wiedz, że cię kocham i jeszcze raz przepraszam. Nie dałam rady…’’. Moja obojętność była bronią obusieczną. Nie pomogłam własnej córce, tym samym skazując ją na śmierć, a siebie na żałobę do końca swoich dni.
                Wszystkie kolory mi się zlewały, nie potrafiłam już odróżnić ciemnej czerwieni hokera od intensywnego brązu barku. Nawet nie patrzyłam na barmana, mamrotałam tylko żeby nalewał więcej i więcej. Czas przemijał wokoło mnie, jednak czułam się w nim zastygnięta. Nie mogłam oddychać, poprawnie myśleć. Co mogli sobie o mnie myśleć inni ludzie? 40-letnia kobieta, o niecodziennym, platynowym kolorze włosów, zapija swoje żale whisky w barze, scena jak z melodramatu. Usłyszałam skrzypienie otwieranych drzwi za swoimi plecami, więc instynktownie się odwróciłam. Zauważyłam dwie znajome twarze. Jedna należała do młodego chłopaka, w wieku mojej córki. Miał na sobie gruby, czerwony szal i beanie w tym samym kolorze, spod którego wystawały blond włosy o czarnych końcówkach. Ubrany był jeszcze w czarną, średnio-grubą kurtkę, odpowiednią na tę porę roku. Wyglądał na zaniepokojonego, tak samo jak kobieta nieopodal niego. Miała na sobie czarny, policyjny uniform, taki sam jak ja oraz kozaki, również tego koloru. Podeszli bliżej do mnie.
- Annabeth? Szukaliśmy cię wszędzie… - Głośno westchnął chłopak w beanie. Usiadł na hokerze po mojej lewej, natomiast kobieta po mojej prawej.
- W końcu wam się udało. Czego ode mnie chcecie? Odsunięto mnie… - Oznajmiłam zgodnie z prawdą. Żadne z nas nie wymuszało od siebie uśmiechu, sytuacja była tragiczna. Chłopak w beanie poprosił o szklankę whiskey tak samo jak ja, natomiast kobieta siedziała z pustymi rękoma.
- Nie zamierzasz tak po prostu się poddać, prawda? – Rozpuściła swoje rude, długie, falowane włosy i poprawiła okulary o prostokątnych oprawkach.
- Nie zamierzam, Cinnamon. Nikt nie znał mojej córki lepiej niż ja, a ja wierzę, że ta sprawa jest o wiele głębsza niż wydaje się ludziom z góry.
- Podobno złapali podejrzanego, ale nic tak naprawdę nie wiadomo. Myślisz, że powinniśmy z nim porozmawiać? Zobaczyć jak to z nim jest? – Zaproponował Elliot. Nie miałam innej opcji, to był jedyny trop. Musiałam poznać całą historię córki, która zaczęła się od momentu opuszczenia Montrealu.
- Myślę, że to ja powinnam z nim porozmawiać. Nie powinniście się w to wplątywać, zwłaszcza ty, Elliot. Nie chcę żebyście mieli nieprzyjemności z racji tego, że mi pomagacie. To ja ryzykuję posadą, nie wy, ciebie Elliot w najgorszym wypadku mogą nawet wsadzić. – Widziałam po jego twarzy, że teraz naprawdę zrozumiał wagę sytuacji. Doceniałam chęć pomocy, jednak gdyby to zrobił, wszystko na co pracowaliśmy poszłoby na marne.
- Elliota rozumiem, jednak ja się nie wycofuję. Jeśli faktycznie morderca jest na wolności, to nie skończy się na twojej córce. Musimy temu zapobiec, Annabeth. Nie możemy pozwolić nikomu więcej zginąć. – Cinnamon była zdeterminowana, lecz ja tylko chciałam zemsty, byłam zaślepiona gniewem. Przytaknęłam dla niepoznaki, naprawdę przydałaby mi się pomoc, nawet jeśli tego nie chciałam przyznać. Elliot poklepał mnie po plecach.
- Powinnaś wrócić do domu i się przespać, Annabeth. Kate by chciała, żebyś starała się żyć normalnie, wiem to. Też straciłem dobrą przyjaciółkę, jednak musimy walczyć i sprowadzić na tego zwyrodnialca sprawiedliwość. – Cieszyłam się, że ich miałam. To oni przypominali mi, że potrafię być dobra, że potrafię wyjść z labiryntu wybrukowanego własnymi błędami. Przytaknęłam w ciszy, a Cinnamon wytarła mi łzy z twarzy swoim rękawem.
- No już, chodź z nami, okej? Zaparzę ci u siebie herbaty i pogadamy o niczym, może nawet obejrzymy jakiś film? Zrobimy co tylko cię rozweseli. – Kobieta przywdziała niepozorny, jednak szczery do bólu uśmiech. Nie mogłam się mu oprzeć, obietnica wesołej przyszłości była zbyt kusząca. Poderwałam do góry odrętwiałe ciało i przetarłam oczy. Wszystko mi się kręciło, miałam trudności z utrzymywaniem równowagi. Elliot i Cinnamon pomagali mi przejść do wyjścia, a następnie założyli kaptur. Pogoda na dworze była okropna, cały dzień i noc lało, a ciemne chmury ani na sekundę nie ustąpiły miejsca ciepłym promieniom słońca. Było mi zimno, pomimo tego iż alkohol powinien mnie rozgrzać.
- Cinnamon, zaprowadzisz ją do siebie stąd, prawda? Mam ważną sprawę, muszę iść do brata mieszkającego niedaleko… - Nagle zapytał rudej Elliot. Dziewczyna przytaknęła.
- Jasne, nic się nie dzieje, Elliot, możesz iść. – Potwierdziła pani detektyw. Chłopak pomachał nam na do widzenia i poszedł w swoją stronę, natomiast my ruszałyśmy się powolnym krokiem w stronę jakiegoś samochodu, najprawdopodobniej należącego do Cinnamon.
                Wsiadłyśmy obydwie do przodu, Cinnamon na miejsce kierowcy, ja równolegle do niej. Kobieta szybko wsadziła kluczyki do stacyjki i odpaliła silnik.
- Wiesz jak ciężko było cię znaleźć? Wybiegłaś z biura jak strzała i się rozpłynęłaś, sprawdziliśmy prawie każdy bar w Montrealu. – Oznajmiła nieśmiało. Uśmiechnęłam się.
- Dzięki, Cinnamon. Naprawdę potrzebuję chyba teraz tylko odpoczynku i jakiegoś ciepłego napoju. – Odparłam nijako. Wypiłam za dużo, zdecydowanie za dużo.
- To wszystko mogę ci zapewnić, spokojna głowa. Mam kilku młodszych braci, nieraz zajmowałam się nimi w stanie depresji alkoholowej, jestem już praktycznie mistrzynią w takich sprawach. – Odpowiedziała dumnie z charakterystycznym błyskiem w oku. Cieszyłam się, że po śmierci córki faktycznie nie zostałam z tym do końca sama. Niespodziewanie zaczął dzwonić mój telefon, teraz schowany w kieszeni policyjnej kurtki. Kto to mógł być? Jechałyśmy już w stronę mieszkania Cinnamon, jednak nagle gwałtowanie się zatrzymałyśmy. Poleciałam do przodu, uderzając głowę o deskę rozdzielczą.
- C-cinnamon? – Wydukałam z siebie ledwo oddychając. Nie odpowiedziała. Usłyszałam dziwny dźwięk, jakby ktoś pukał palcami w szybę. Odwróciłam się w jego stronę i ujrzałam zakrwawione szkło. Przestraszyłam się. Otworzyłam drzwi z mojej strony szeroko, a następnie niezgrabnie wygramoliłam z samochodu. Upadłam na ziemię ledwo zipiąc, a kiedy już tak leżałam, zauważyłem że ktoś nade mną stoi. Krew nieznajomego skapywała mi na ubrania, miał on widocznie zakrwawiony bandaż na jednym z oczu.
- Nie pozwolę ci go złapać, Annabeth. Odpuść. – Jego głos był dziwny, ale to prawdopodobnie przez szok. Przetarłam ledwo oczy, próbowałam zrozumieć co się właśnie stało. Nieznajomy zniknął, a moim jękom teraz towarzyszył tylko dźwięk dzwonka mojego telefonu. Niewiele myśląc w końcu go odebrałam.
- Dodzwoniłem się do Annabeth Glassner? – Zapytał mnie tajemniczy rozmówca. Jego głos też brzmiał dziwnie, jednak teraz potrafiłam stwierdzić, że to przez modulator.
- T-tak-k. Kto m-mówi? – Starałam się brzmień normalnie, ale prawdopodobnie pogorszyłam tylko sprawę.
- Chcę pomóc. Chcę pomóc pani w pomszczeniu córki. Wiem, kto ją zabił. – Moje źrenice się rozszerzyły, a serce zaczęło bić szybciej. Czy to był jakiś żart kogoś ode mnie z pracy? Wyobrażam sobie ich robiących tak okropną rzecz.
- K-kto? – Zapytałam bezmyślnie trzymając się nadziei.
- Nie mogę pani powiedzieć, ściany mają uszy. Nazwisko Drainashe kryje w sobie odpowiedzi. – Odparł enigmatycznie po czym się rozłączył. Drainashe? Tak brzmiało nazwisko podejrzanego o zabicie mojej córki. Momentalnie poczułam jak ktoś podnosi mnie do góry. Zdezorientowana szukałam wzrokiem osoby, aby tylko po chwili upewnić się, że to Cinnamon.
- Nic ci nie jest, Annabeth? Przepraszam, jakieś zwierzę wyskoczyło na drogę i ja…
- To nie było zwierzę, Cinnamon. Wszystko ze mną w porządku, możemy dalej jechać? – Zapytałam, a ta tylko przytaknęła. Pomogła mi wsiąść do auta, a potem odjechałyśmy przed siebie. To był początek mojej wędrówki w poszukiwaniu mordercy Kate Glassner, mojej jedynej córki. Byłam gotowa oddać nawet życie za to, żeby odpowiedzialnego za jej śmierć człowieka sowicie ukarano.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

I. Kain i Abel

II. Dajcie mi się wreszcie poddać...