V. Pusta kolorowanka


Judasz, Montreal

                Zawsze, kiedy słyszałem o czyichś wyobrażeniach życia po śmierci, przewijały się motywy pustki, czerni i odpoczynku. Jeśli jednak ktoś radził sobie świetnie na ziemi, to czemu zmuszano go do przerwy? Czy to był kolejny z wielkich planów Boga, którego wytłumaczeniem nie potrafiła zająć się nauka? Dlaczego każdy musi umrzeć? Czy wartościowi ludzie nie powinni mieć prawa do wiecznego życia? Po co nam ta wymuszona równość w świecie, który nigdy równy nie będzie? Chciałem znać odpowiedzi na te wszystkie pytania, byłem głodny zakazanej wiedzy. Zabiłem się. Odebrałem sobie życie, tym samym wyrywając się z łaski niebios. Jeżeli Bóg mnie nienawidził, to równie dobrze mogłem się nie urodzić. To była wojna między mną, a moim przeznaczeniem. Wojna, która nie była do wygrania.
                Otworzyłem powoli swoje ociężałe oczy, podnosząc mokre od łez powieki. Przywitało mnie intensywne, żółte światło z żyrandola wiszącego na suficie. Przypominał on kształtem różę w złotych barwach, idealnie uzupełniających się z śnieżno-białą żarówką. Kojarzyłem ten żyrandol. Złapałem się dłonią za czoło, strasznie bolała mnie głowa. Zacząłem powoli podnosić ciało z ziemi, a kiedy to robiłem, słyszałem dźwięk skrzypiących, drewnianych paneli. Chciałem się rozejrzeć, potwierdzić fakty. Przed sobą miałem teraz pościelone, ogromne, jasnobrązowe łóżko. Niewiele myśląc rzuciłem się na nie, chciałem sprawdzić czy jest tak miękkie, jak pamiętałem. Było. Bawełniana pościel w różne, geometryczne wzory była kojąca i ciepła. Przytuliłem się do poduszki. Czy tak miało wyglądać moje niebo po śmierci? Ciemnobrązowa szafka nocna i lampka z żółto-czarnym kloszem stały na swoich miejscach. Na ścianach pomieszczenia porozwieszano tapetę w motyw z lwami oraz klifami. Lubiłem te zwierzęta odkąd tylko pamiętałem, zawsze je podziwiałem, a raczej ich rolę w przyrodzie. Kiedy podniosłem głowę żeby spojrzeć na frontowe drzwi, nie było ich, co było jedyną znaczącą różnicą. Ogromna dębowa szafa i drzwi do łazienki umiejscowiono po prawej, tam gdzie były, tak samo niewielkie, czarne biurko wraz z komputerem i wszystkimi do niego akcesoriami. To był mój pokój, trochę zmieniony, ale czułem się praktycznie tak samo jak w rzeczywistym. Ciekawe, że to pierwsze miejsce w jakim mój mózg chciał znaleźć spokój po śmierci. Miałem tu złe i dobre wspomnienia, jak w każdym miejscu. Po dłuższej chwili zauważyłem kolejną, znaczącą różnicę. Obok lampki na stoliku nocnym rozsypano jakiś biały, niezidentyfikowany proszek. Miałem pomysł co to mogło być, ale dlaczego? Nigdy nie brałem. Wszystkie trudy świata przyjmowałem na klatę, bez znieczulaczy, nie zamierzałem tego zmieniać. Leżałem z poduszką w dłoniach i myślałem. Co teraz? Tutaj mogę żyć bez oczekiwań, prawda? Świat poza mną nie istnieje. Ja jestem światem. Świat jest w końcu piękny.
- Tego chciałeś, Jud? Życia w samotności? – Usłyszałem nieznany mi, kobiecy głos. Zwróciłem oczy w lewo, a przed nimi ukazała się kobieta której twarzy kompletnie nie kojarzyłem. Miała żółto-czarne ombre na swych długich, sięgających aż do pasa, włosach. Ubrana była w błękitny, szpitalny szlafrok, nie posiadała butów ani skarpet. Jej jasna, delikatna skóra była podobna do mojej.
- Hm? Kim jesteś? – Zakłuło mnie serce. Dopiero teraz zwróciłem uwagę, że nie byłem ubrany w to, w czym umarłem. Miałem na sobie błękitny szlafrok, zupełnie jak ta kobieta. Zrobiło mi się cholernie przykro, nawet nie wiedziałem czemu. Kobieta się uśmiechnęła.
- Zrobiono nam tylko jedno zdjęcie razem, pamiętasz je? Jestem przekonana, że na pewno je widziałeś. – Odparła. Coś nagle zmaterializowało się w jej dłoniach. Miałem przeczucie, że to jest to, o czym mówiła. Powoli, jakby dyskretnie, dała mi je do rąk. Spojrzałem i westchnąłem. T-to..
- M-mamo? Ja… przepraszam.. – Zaniosłem się łzami. Czułem jak czerwienieje mi twarz, było mi coraz bardziej gorąco. Przysunęła mnie bliżej i przytuliła do swojej piersi. Była bardzo delikatna i spokojna. Głośno wzdychałem, dusiłem się własnym żalem. Ona powinna być tam zamiast mnie.
- Za co mnie przepraszasz, Jud? Przecież wszystko jest w porządku.
- Nie jest! Zabiłem cię, mamo. Nie miałem prawa, ale nadal to zrobiłem. Przepraszam… tak mi przykro… - Agatha przytuliła mnie mocnej. Czy to było moje ukojenie? Wieczny odpoczynek u boku matki, której nie miałem okazji poznać? To poniekąd wydawało się być też karą.
- Nie zabiłeś mnie, Jud. Tak już musiało być, znałam ryzyko. Wiesz jaka byłam z ciebie dumna? Lekarze dawali ci małą szansę na przeżycie, ale ty zaskoczyłeś ich wszystkich. Nie powinno cię tutaj być. Masz obowiązki wobec swojej rodziny i całego świata, nawet jeśli tego jeszcze nie wiesz. – Moje oczy się rozszerzyły. Jak to nie powinno mnie tutaj być?
- Zostanę z tobą, mamo. Już tam nie wrócę. Oddałbym wszystko, żebyś znowu tam z nimi była… Naprawdę wszystko. – Wylałem z siebie, zgodnie z prawdą. Nie zasługiwałem na życie. Na drugą szansę. Moja mama natomiast tak. Została ofiarą niesprawiedliwości świata, została potraktowana jeszcze gorzej niż ja. Kobieta podniosła rękę i zaczęła wskazywać na coś palcem. Przed naszymi oczami magicznie pojawiły się białe drzwi wejściowe, były otwarte, a za nimi nie słyszałem nic oprócz kropli deszczu uderzających o coś po drodze.
- Idź, Jud. Musisz wrócić, to jedyna prośba jaką mam jako twoja matka. Twoja siostra, twoi bracia i nawet twój tata na ciebie czekają. Kochają cię i nie chcą, żeby cokolwiek ci się stało. Chcę, żebyś spróbował zawalczyć jeszcze trochę. Jesteś cudem, dla mnie i świata. Kocham cię, Judasz. Właściwie, na początku chcieliśmy nazwać cię Estro. Idź więc, Estro. – To wszystko musiało być koszmarem, prawda? Moja własna matka nie chciała mnie przy swoim boku w niebie? Nie chciałem wracać.. Dlaczego kazała mi wracać?! Podobało mi się moje prawdziwe imię – Estro. Brzmiało ładnie. Teraz widziałem kto miał bzika na punkcie nazywania dzieci imionami na ,,E’’. Chwyciła mnie za rękę i w wolnym tempie zaczęła wstawać z łóżka, zmuszając mnie do zrobienia tego samego. Zbliżaliśmy się niebezpiecznie blisko śnieżnych drzwi, krocząc po skrzypiącym drewnie. Nie chciałem wracać. Nie…
- Mamo, nie zostawię cię. Nie ma takiej opcji, rozumiesz? W końcu mamy szansę porozmawiać! Chcę cię poznać! Daj mi tę szansę! – Milczała ciągle się uśmiechając. Staliśmy przy samym wyjściu. Nie… - Proszę… nie zostawiaj mnie znowu… - Ciągle nic nie mówiła. Przyłożyła palec wskazujący do ust, wykonując gest ,,ćśś’’. Zacząłem słyszeć kolejny kobiecy głos, tym razem znajomy. To była moja siostra – Orlane.
- Cholera, wróć do nas, Judasz! Elliot, co mam z nim zrobić? Nie oddycha! – Momentalnie zrobiło mi się ciepło na sercu. Była w moim mieszkaniu? Znalazła moje ciało? Co najciekawsze, czy ona zawołała…
- Dmuchaj kiedy ci powiem! Nie pozwolę temu dupkowi tak łatwo odejść po tylu latach! – Elliot odezwał się zaraz po niej. Po jego głosie mogłem stwierdzić, że był bardzo zmęczony. Czy oni robili mi resuscytację? T-to nic nie da. Już nie żyję. Patrzyłem ślepo w portal pomiędzy światami. Chcę do nich wracać czy zostać z mamą? Tak bardzo chciałem mieć wybór, ale teraz tak kurewsko bardzo go nie chcę! Co ja niby miałem zrobić?
- Już rozumiesz? Musisz do nich wrócić. Ja zawsze będę z tobą, tutaj. – Powiedziała wskazując palcem na klatkę piersiową w miejscu, gdzie znajduje się serce. Normalnie uznałbym to za kiczowate, ale powiedziała to moja martwa mama, nie mogłem traktować tego inaczej jak pożegnanie. Nie chciałem się żegnać.
- To mnie nie przekonało, mamo. Zostaję. – Kobieta zmarszczyła brwi. Postawiła kilka kroków, po czym stanęła za mną. Co ona…
- Kiedyś zrozumiesz, Estro. Kocham cię. – Wyszeptała, po czym pchnęła mnie w stronę drzwiowego portalu. Ponowna iluzja wyboru. Widmo Agathy wybrało za mnie. Próbowałem się jej złapać, ale wszystkie próby spełzły na niczym. Wracałem do żywych, zostawiając mamę w moim pokoju. To nie było to. Dlaczego, mamo?! Dlaczego nie pozwoliłaś mi wybrać?!
                Obudziłem się w ramionach Orlane. Czułem jak strużka czegoś ciepłego, prawdopodobnie krwi, wypływa z mojego nosa w dół. Moje oczy były zaskakująco suche, ktoś musiał je wytrzeć. Siostra potrząsała mną, widocznie nadzieja na mój powrót ją opuściła. Podniosłem powieki szybko, chciałem błyskawicznie dać im znać, że się udało. Przywrócili mnie, ale jakim kosztem? Po to, żeby znowu mnie zostawić? Wolałem zostać z matką niż przeżywać ten zawód raz jeszcze. Pierwszy zauważył Elliot, zmarszczył brwi i się uśmiechnął. Jego uśmiech był najprawdziwszym jaki widziałem w życiu, zawsze napawał optymizmem. Byłem zmieszany. Kochałem ich, nieważne jak bardzo spieprzyli sprawę. Z drugiej strony, wiedziałem że tak się skończy, że ktoś w końcu znajdzie moje ciało i najprawdopodobniej będzie to któreś z nich. Nie przewidziałem tylko interwencji Agathy.
- Judasz? – Wyrzucił z siebie drżącym głosem mężczyzna. Jego średniej długości, roztrzepane, blond włosy z czarnymi końcówkami, były mokre od deszczu. Klęczał na podłodze przede mną. Jego płaszcz o kolorze dojrzałej, czerwonej róży, gruby, rubensowski, czarny szal i fioletowy, wełniany sweter również były namoknięte pod pryzmatem pogody. Na dłoniach nosił rękawiczki o wyblakłym, żółtym kolorze. Zmarszczył swoje jasne brwi.
- To wszystko nie powinno tak wyglądać, Elliot… Nie powinno.. – Odparłem cicho, dalej w uścisku Orlane. Kobieta zareagowała, wzdrygnęła się na mój głos. Łzy zaczęły spływać po delikatnej twarzy chłopaka, widać było że niedawno ogolił zarost. Zbliżył się, stanęliśmy twarzą w twarz. Jego intensywne, piwne oczy nie dawały miejsca na ucieczkę.
- O czym ty pieprzysz? Wróciłeś, nic innego się nie liczy. – Moja siostra w końcu puściła. Słyszałem jej głośne szlochanie ze szczęścia. Z jednej strony cieszyłem się, że jednak im na mnie zależało, z drugiej jednak było mi przykro, że dopiero teraz. Dopiero kiedy chciałem umrzeć. Spojrzałem na kobietę, tak dawno nie widziałem jej pięknych, czarnych włosów, bezwładnie opuszczonych na ramiona. Miała również na nich uroczą, pomarańczową opaskę. Grube, naturalne brwi wyglądały teraz dokładnie jak Elliota. Nosiła fioletową, za dużą, bluzę, czarne legginsy i białe, sportowe buty. Na jej szyi istniał złoty wisiorek, wyglądał na ten typ, który zazwyczaj zawiera w sobie zdjęcia. Na swych dłoniach miała rękawiczki, jednakowe do tych, które nosił Elliot. Jedyną nowością był tatuaż na jej przedramieniu, były to po kolei wytatuowane litery ,,J’’, ,,E’’ i ,,A’’.
- Dlaczego, Jud? – Zapytała kobieta, przerywając ciszę między nami. Wydawało mi się, że znała odpowiedź, tylko chciała usłyszeć ją z moich ust. Jej oczy były tak samo intensywnie piwne jak wszystkich Prouffnerów.
- Dlaczego każesz mi to powiedzieć, Orlane? Dobrze wiedzieliście, że nie dam rady. Starałem się do jasnej cholery, okej?! Dobrze wiedzieliście, że mam problemy.
- Przykro nam, Jud. Wiemy, że gdybyśmy mogli cofnąć…
- ALE NIE MOŻECIE! W tym cały problem, Orlane! Czasu się kurwa nie da cofnąć! – Przerwałem jej. Nie chciałem słyszeć ich wymówek i tłumaczeń.
- W końcu musiałeś zacząć żyć samodzielnie, Judasz. Wszyscy musieliśmy. Wiedzieliśmy, że jesteś twardy, każdy Prouffner jest. – Wyrzucił z siebie Elliot.
- To nie o to w tym chodzi, Elliot. Jesteście pieprzonymi kłamcami, to jest mój i wasz problem. Naprawdę, zrozumiałbym. Gdybyście nic nie powiedzieli, puścili w świat, zrozumiałbym. Tak jednak nie było, prawda? – Musiałem im to wypunktować. Bezpośrednio wskazać, za co jestem zły.  Prawda, Elliot? Orlane? Wy już dobrze wiecie jak było. Chcę tylko odpowiedzi, a to nie powinno być trudne, prawda? – Byłem strasznie agresywny, jednak zwisało mi to. Musieli tylko zrozumieć.
- Wiem, Jud. Obiecaliśmy i zjebaliśmy. – W końcu odpowiedział tak, jak chciałem.
- Wiem. Wiem, że zjebaliście. Zresztą, spójrzcie na całą atmosferę naszej sytuacji, kochani. Zabiłem się. Spieprzyłem z tego świata szybciej niż nakręcany samochodzik.
- Żyjesz, Judasz. Nie mów więc nic…
- Widzisz, tutaj mamy kolejny problem. Żyję! Podjąłem decyzję, zrobiłem tak jak chcieliście, żyłem samodzielnie. Zabraliście mi to.
- Co ci niby zabraliśmy?! Żyjesz, Judasz! Kochamy cię, rozumiesz? Jesteśmy tutaj dla ciebie, dlaczego jesteś taki niewdzięczny? Nie naprawimy swoich kłamstw, ale możemy przynajmniej teraz dla ciebie być. – Elliot na mnie warknął. To był ten czas, żeby mu powiedzieć.
- Spotkałem mamę, Elliot. Rozmawiałem z nią, leżąc na łóżku w swoim pokoju. Wiesz, jakie to uczucie? Spotkać w zaświatach osobę, którą zabiłeś?
- Jud, m-my… - Chciała zacząć Orlane.
- Przejebane! Dowiedziałem się, jak miałem mieć naprawdę na imię, zanim stałem się zdrajcą rodziny. Estro. Brzmi ładniej niż Judasz, co? Moim zdaniem tak. Moim zdaniem… - Złamałem się, zalałem łzami. To wszystko mnie przytłaczało. Śmierć, powrót do życia, spotkanie z rodzeństwem i rozmowa z matką… zdecydowanie za dużo. Elliot podbiegł i chwycił mnie w ramiona. Był ciepły, czułem się przy nim chociaż troszkę bezpieczniejszy.
- Już, w porządku. Zawsze byłeś taki uczuciowy. Jesteśmy tutaj Jud, nieważne czy tego chcesz. Od dzisiejszego dnia będę cię obserwować jak pieprzony stalker, rozumiesz? – Orlane przytuliła mnie z drugiej strony. Byłem szczęśliwy, że wrócili, pomimo tego wszystkiego. Wierzyłem, że kiedyś jeszcze porozmawiam z matką. Kiedyś na pewno.
- Nie chcę znowu zostać sam… Jesteś dupkiem, Elliot, ale masz taki zostać. Zasłużę sobie na opiekę u twego boku, Orlane. Obiecuję. To wszystko to za dużo do przyswojenia. Nie mogę przestać myśleć. – Puścili mnie i razem wstaliśmy z kafelkowej, czarnej podłogi w kuchni, a raczej aneksie kuchenny. – Możemy usiąść na łóżku? Mam mnóstwo pytań, ale wolałbym je zadać już w bardziej formalny sposób.
                Pierwsze co zrobiłem, to spojrzałem na przewrócone, plastikowe, białe krzesło. Zrobiłem to jakby automatycznie, jednak szybko odwróciłem wzrok. Musiałem o tym zapomnieć, skupić na rodzeństwie. Elliot to zauważył. Nic nie mówiąc schylił się i poprawił mebel. Po prostu przytaknąłem. Zastanawiałem się gdzie była lina, jednak szybko poznałem odpowiedź, chaotycznie leżała na podłodze. Wiedziałem, że będę musiał zapytać jak mnie odratowali.
- Chcecie kawy albo herbaty? Która w ogóle jest godzina? – Zapytałem. Za oknem byłoby ciemno, gdyby nie jaskrawe światła wiecznie żywego miasta.
- Kilka minut po północy. Trochę byłeś martwy, trochę nieprzytomny i tak powoli schodził czas. – Odpowiedział z okrutną szczerością Elliot. Miał na twarzy swój szyderczy uśmiech, cieszyłem się, że nie traktuje mnie inaczej przez wzgląd na sytuację. Orlane uderzyła go całkiem mocno w ramię.
- Kawa to nie jest dobra propozycja o tej godzinie, ale możesz mi zaparzyć herbaty. Jestem trochę wycieńczona od tego wszystkiego… - Faktycznie wyglądała na całą spoconą i wymęczoną. Stałem praktycznie na środku kuchni, pod żyrandolem w kształcie róży, po swojej prawej stronie miałem lodówkę, kuchenkę i kilka bladych szafek, natomiast lewą stronę zajmował spory, granitowy blat z kilkoma szarymi szufladkami oraz szafkami, gdzie trzymałem naczynia. Wziąłem standardowy, biały kubek, a następnie przygotowałem herbatę do zalania. Wypełniłem czajnik wodą i postawiłem na elektrycznej kuchence.
- Chcesz coś, leszczu? – Zwróciłem się do Elliota z uradowanym grymasem, jego humor nadzwyczajnie szybko zaczął mieć na mnie wpływ.
- Oprócz tego, żebyś ruszył do nas dupę? Absolutnie nie, dziękuję za troskę. – Wszystko było w normie. Ominąłem szeroki blat, aby znaleźć się w salonowej części pomieszczenia. Po prawej stronie umiejscowiono drzwi do mieszkania, po lewej stała rozłożona wersalka. Na niekolorowej pościeli siedzieli teraz Orlane i Elliot. Równolegle do wersalki stał drewniany stół, który służył mi też za stolik nocny, naprzeciwko naturalnie wisiał płaski telewizor. Nie oglądałem zbytnio telewizji, wolałem siedzieć w Internecie, jednak ojciec nalegał. Pod ścianą, na lewo od wersalki, stało biurko wraz z komputerem i fotelem, zaraz przy oknie. Toaleta, która miała osobne drzwi od reszty pomieszczenia, znajdowała się w prawym, dolnym rogu kawalerki.
                Usiadłem pomiędzy wspomnianą wcześniej dwójką, od razu podając Orlane herbatę którą chciała. Przytaknęła i wzięła malutkiego łyczka. Głośno westchnąłem.
- I co teraz? – Wyrzuciłem z siebie ciężkie pytanie. No bo właśnie, co teraz? Wszystko wróci do normy, znowu będę żyć jako pijawka Orlane i Elliota? To jest ten złoty środek, którego chcę? A, no właśnie. Złoty. Musiałem poradzić sobie jeszcze z tym.
- Coś wymyślimy. Nie pierwszy raz kiedy musimy cię faktycznie niańczyć. – Odparł Elliot niemalże od razu. Orlane natychmiast przebiła go wzrokiem, rzucając wrogie spojrzenie. To co powiedział było prawdą, nie zamierzałem się okłamywać.
- Nie zastanawiałeś się nad remontem? Temu mieszkaniu trochę… brakuje barw. – Powiedziała prawdę. Nie przykładałem większej wagi w przypadku większości wybieranych przeze mnie kolorów, wyjątek stanowiły ubrania. Wskazałem palcem na ścianę, która obrosła w złoto-podobną substancję.
- To miejsce ma trochę barw. - Przyglądałem się ich twarzom, czekałem na reakcję. Kiedy faktycznie spojrzeli na produkt incydentu, wyglądali na zaniepokojonych. Wiedzieli? Coś musieli wiedzieć, te rękawiczki mi nie umknęły. Dopiero teraz miało to sens. Kiedy mieszkaliśmy jeszcze wszyscy razem, też je nosili. Wychodzi na to, że tylko ja nie miałem pojęcia. Jak zawsze. Kurwa! - Wiem, że wy coś wiecie. Możecie łaskawie mi wytłumaczyć?
- Obawiam się, że po prostu nam nie uwierzysz, to po pierwsze. Po drugie, to kolejna rzecz za którą chcieliśmy przeprosić. – W końcu przełamał ciszę Elliot. Wyglądał na przygnębionego, nie dziwiłem się. Z każdą kolejną minutą dowiadywałem się o ich wspólnych błędach.
- Obawiam się, że niestety muszę uwierzyć. To zaczęło się w pracy, Elliot. W pieprzonej pracy!
- Gdzie pracujesz? – Dodała od siebie Orlane. W sumie ja też nie miałem pojęcia jak wyglądają teraz ich życia, oprócz oczywiście ślubu siostry. Byłem ciekawy co robił Elliot.
- Jako masażysta, Orlane. To nie dotknęło tylko mnie, co jest najgorsze.
- JA PIERDOLĘ! – Wykrzyknął wściekły Elliot. Uderzył dłońmi złożonymi w pięści o stół, jednak po chwili złapał się nimi za głowę. Głośno wzdychał, panikował. – Musimy coś z tym zrobić i to już. Jeśli to wyjdzie…
- Powiecie mi w końcu o co chodzi?! – Chciałem zrozumieć ciężką konwersację, której nadejście wisiało już w powietrzu.
- Nikt nie może się dowiedzieć o tym, że ta klątwa istnieje, rozumiesz? Jeśli rząd nas wykryje, będziemy mieli ogromny problem. Jesteś inteligentnym człowiekiem, sam załapałeś, że to wszystko ma związek z dotykaniem czegoś swoją gołą skórą. Po prostu tego nie rób, dobrze? Wszystko będzie w porządku. – Opiekuńczy głos Orlane brzmiał tak, jak go pamiętałem. Nieważne w jak wielkim dołku emocjonalnym byłem, nieważne że nie wierzyłem w szczęśliwe zakończenia, ona zawsze potrafiła zapewnić mi nadprzyrodzone połacie bezpieczeństwa. Wiedziałem, że nie mam jak się jej odpłacić.
- Dotknąłeś kogoś, prawda? Gołą skórą. – Chciał upewnić się Elliot. Myślałem, że chodziło tylko o dłonie, ale najwyraźniej nie tylko. Na przestrzeni czasu nic nie uległo zmianie, Elliot panikował, a Orlane była ostoją spokoju.
- Tak. D-dotknąłem… klientkę. Robiłem jej masaż pleców. – Ostatecznie potwierdziłem ich obawy poprzez powiedzenie prawdy. Bałem się konsekwencji tego, ale czy wina była moja? Nie wiedziałem, nie miałem pojęcia o niczym takim jak jakaś klątwa.
- Wiesz kim jest? Jak wygląda i gdzie może mieszkać? Musimy coś z tym zrobić, nie zamierzam być czyimś szczurem eksperymentalnym. – Brzmiał jak totalny desperat, co było zrozumiałe. Chciałem mu pomóc, dowiedzieć się więcej o tej całej ,,klątwie’’.
- Nie mam bladego pojęcia, ale mogę się dowiedzieć. Jutro pójdę do pracy i sprawdzę kto był umówiony na masaż w moich godzinach pracy. To dobry początek. – Odpowiedziałem długo nad tym nie rozmyślając. Elliot zmusił się do uśmiechu, jednak ten szybko zniknął, kiedy Orlane dołożyła swoje kilka groszy.
- Tylko, że tam nie wrócisz. To zbyt niebezpieczne, już mogą badać tę sprawę, a jeśli tak jest to nawet twoje mieszkanie już nie jest bezpiecznym miejscem.
- Musimy coś zrobić, Orlane! Zapobiegać, a nie przyjmować konsekwencje na klatę. – Oczywiście nie zgadzał się z nią Elliot.
- Istnienie problemu samego w sobie jest skutkiem tego, że nic nie powiedzieliśmy Judaszowi. Agatha by to zrobiła, Elliot. Teraz pozostało nam wyłącznie przyjąć to na klatę. – Nasz brat rzucił się do tyłu na łóżko. Zasłaniał swoją twarz dłońmi, wyglądał jakby płakał. Znowu robiłem tylko problemy.
- Załatwię to, Orlane. To moja wina, muszę coś zrobić. – Nalegałem, żeby złagodzić swoje poczucie winy.
- Na pewno musisz coś zrobić, ale nie ma to nic wspólnego z twoją pracą. Elliot, masz gdzieś mieszkanie w Montrealu, prawda?
- Zgadnij. – Wycedził przez dłonie.
- No nie wiem, dla ciebie nawet kartonowe pudło byłoby luksusem. Tak czy owak, od jutra musisz się tam wprowadzić, Jud. Tutaj nie jesteś bezpieczny, zaufaj mi. – Tak myślałem. Odkąd tylko wspomniała, że moje mieszkanie nie jest bezpieczne, przewidywałem taką opcję.
- Jesteś z tym w porządku, Elliot? – Zapytałem.
- Nie pozwolę ci mieszkać na ulicy, o to się nie martw. – Nie odpowiedział tak, jak chciałem, ale chociaż powiedział cokolwiek.
- A znajdzie się tam miejsce jeszcze dla kota? Mam Milo… - Oh… dopiero teraz pewne fakty z powrotem pojawiły się w mojej głowie. Nie dotknąłem tylko tej kobiety i ściany. Ja w jakiś sposób…
- Masz kota? To gdzie on teraz jest? – Zaciekawił się Elliot.
- Zamknąłem go w łazience, żeby wiesz… nie patrzył..
- Oh… w porządku.. – Orlane podniosła się z łóżka i skierowała w stronę łazienkowych drzwi. Byłem pewien, że od razu zauważą. Skrzywdziłem go, tak samo jak tę kobietę. Nie wiedziałem, Milo, przysięgam. Gdyby tylko mi powiedzieli… Otworzyła drzwi, a kot wybiegł z nich sprintem w stronę wersalki. Wskoczył mi na kolana i zaczął tulić. – Jud?
- Dlaczego nie mogliście mi czegoś powiedzieć..? Odpowiedz na to, Elliot.. – Łzy zaczęły ściekać mi po polikach. Złota narośl troszkę się rozrosła, zbaczając z jego noska w dół. Co to miało znaczyć?
- Ja…
- Powiedzcie mi coś więcej o tej całej ,,klątwie’’. Co się konkretnie dzieje z osobą, którą dotknę? Konkretnie.Udało mi się wydukać. Czułem jak mój brat klepie mnie po plecach, próbuje uspokoić.
- Przykro nam, Jud. Nic nie możemy z tym zrobić. Gdybyś dotknął go gdzie indziej, może… - Orlane starała się najspokojniej i najstaranniej przekazać mi łagodną wersję informacji, że Milo jest nie do odratowania. Nie chciałem jej wierzyć. Musiało istnieć jakieś lekarstwo na to coś!
- Nie istnieje żadne lekarstwo?! Nic?! Żyjecie z tym tyle lat, a nadal nie potraficie nic z tym zrobić? Co się stanie, pokryje się cały złotem? I co wtedy? I CO WTEDY?!
- UDUSI SIĘ! BĘDZIE KONAŁ W MĘCZARNIACH, A KAŻDA JEGO ŻYWA TKANKA BĘDZIE SIĘ PO KOLEI DUSIĆ! TO CHCIAŁEŚ USŁYSZEĆ, JUDASZ?! – Elliot odpowiedział krzykiem na krzyk. Opadłem z sił. Nie chciałem myśleć, chciałem się wyłączyć. Wyłączyć zdrowy rozsądek. Mój brat wstał i mnie przytulił, Milo siedział teraz koło mnie i patrzył swymi ciekawskimi oczami. Potrafiłem tylko krzywdzić niewinnych. – Jedyne co możesz zrobić, to skrócić jego męki. Nie ma lekarstwa, Jud. Naprawdę mi przykro.
- Nie zrobię tego, Elliot. Nie ma mowy… nie dam rady…
- Rozumiem. Zajmę się tym, jeśli chcesz.
- Proszę… - Orlane wróciła do nas, ale nawet nie usiadła. Dokończyła na stojąco sączyć swoją, zimną już najpewniej, herbatę. Na swej twarzy przywdziała uśmiech, który miał litującą się nade mną aurę. Moja siostra miała rację co do wyblakłych barw mojego życia. Nie słyszałem już deszczu padającego za oknem, nie odróżniałem koloru stołu od podłogi czy ścian. Wszystko zlewało się w pochłaniającą, cichą pustkę, którą wybrukowane zostało moje życie. Kiedy jednak Orlane była u mego boku, sens zaczął wracać. Była niczym malarz, który z każdym kolejnym dotykiem obraca nieudany obraz w arcydzieło. Wracały dźwięki, przyjemne promienie słońca. Byłem po prostu pustą kolorowanką, którą ona wypełniała, którą razem z Elliotem wypełniali.
- Powinieneś się przespać, Jud. Obiecuję, że jutro nadrobimy cały ten czas, który straciliśmy. Prawda, Elliot? – Kiwnęła głową w stronę mężczyzny, który już teraz stał nieopodal niej.
- Oczywiście. Przygotuje chałupę do przybycia drugiej osoby, jutro zacznie się twoje nowe życie ze mną, Jud. To prawie jak wieczna impreza. – Parsknąłem. Wiedziałem, że na pewno tak nie będzie.
- Nie powiedzieliście mi praktycznie nic o tej klątwie, wiecie to? – Cały czas naciskałem.
- Wiemy. Opowiemy ci z czasem, przysięgamy. Masz teraz dużo na głowie, nie zamierzamy ci dokładać. – Odpowiedziała w ich wspólnym imieniu Orlane. Pozostała tylko ostatnia kwestia…
- Zajmę się nim, okej? Chcesz… się pożegnać? – Oczywiście że chciałem, Elliot. Wziąłem Milo ostatni raz na ręce i mocno przytuliłem. Brytyjczyk był spięty, wyczuwał iż coś jest nie tak. Pamiętałem, że robię to dla niego.
- Nie każ mu cierpieć, tylko o tyle cię proszę… - Położyłem się w ubraniach. Nie miałem siły ich zmieniać, byłem padnięty psychicznie i fizycznie. Elliot wziął ode mnie kota w delikatny sposób. Milo trochę na niego syczał, ale w końcu odpuścił. Nie mogłem patrzeć na to, jak się ode mnie oddala. Zamknąłem oczy, przysłoniłem ręką. Dałem Orlane zapasowe klucze do mojego mieszkania i zaufałem, że zamknie mnie od zewnątrz. Świat znów poblakł. Chciałem, aby stał się czarny i tak właśnie było. Usnąłem szybciej, niż się spodziewałem. Jutrzejszy dzień miał być początkiem nowego życia. Miałem ogromną nadzieję, że to zdanie jest prawdą. Papa, Milo… papa…
                Obudziłem się rano bardzo, ale to bardzo zmęczony. Praktycznie nie spałem, ale nie nastawiałem się na przyjemny sen po wczorajszych wydarzeniach. Orlane i Elliot wrócili. Nie wiem dlaczego to zrobili po praktycznie dwóch latach nieobecności, czy to mnie jednak interesowało? Na pewno powinno, ale to dwie różne sprawy. Czułem się wyczerpany, chociaż teoretycznie odpocząłem. Wiedziałem, że cała ta otoczka była dziwna, widziałem na własne oczy, jednak zaślepiłem się wizją wspólnej, bezproblemowej przeszłości. Wtedy nie pamiętałem kim tak naprawdę byłem – Judasz Prouffner, cała moja egzystencja była jedną, wielką pomyłką. Cała moja inteligencja schowana została za warstwami sentymentu i miłości do rodzeństwa. Zapomniałem, że moje życie to walka, której wtedy nie chciałem wygrywać. Byłem głupim, aroganckim szczylem. To miało wkrótce się zmienić. Musiałem wybudować fundamenty swej wartości i zacząć pokazywać je ludziom, bo tego zawsze ode mnie chciano, prawda? Samodzielności i woli walki. Szedłem do przodu, nawet jeśli robiłem to po trupach.
                Nie patrzyłem na godzinę, jednak słońce zdążyło już wstać. Nie padało. Świat powoli odżywał po wczorajszej pogodzie. Ciągle niezasłonięte rolety dawały o sobie w denerwujący sposób znać. Głośno westchnąłem, przewróciłem oczami z zażenowania i w końcu wstałem żeby je zasunąć. Mój oddech strasznie śmierdział, zresztą nie tylko on, zdecydowanie musiałem wziąć prysznic. Zanim jednak to, usłyszałem pukanie do drzwi. Wolnym krokiem ruszyłem do białych wrót i spojrzałem przez wizjer. Na mojej twarzy pojawił się mały uśmiech, kiedy po drugiej stronie ujrzałem stojącą Orlane z dwoma, plastikowymi kubkami. Bezmyślnie otworzyłem, witając ją w tych samych ubraniach, w których chodziłem wczoraj.
- Tak wcześnie? – Wyleciało ze mnie pytanie, chociaż tak naprawdę nie wiedziałem która jest godzina. Wyglądała zupełnie inaczej niż wczoraj. Swoje włosy splotła w warkocz, który zarzuciła na ramię. Cienka, puchowa, czarna kurtka była zapięta na suwak. Miała na sobie złotawe rękawiczki, dokładnie takie same jak wczoraj oraz buty podobnego koloru, chociaż troszkę jaśniejsze. Do tego wszystkiego założyła jeszcze ciemno-niebieskie jeansy.
- Jest 13:00, ale nie martw się, Elliot śpi dłużej od ciebie. W zasadzie, na to liczyłam. – Oznajmiła kiedy gestem dłoni zachęciłem ją do wejścia. Przekroczyła próg, a ja niezwłocznie zamknąłem za nią drzwi. Usiadła na zastałym w nieporządku łóżku i zaczęła rozglądać. – Faktycznie tutaj całkiem martwo jeśli chodzi o kolory, przydałby się jakimś remoncik.
- Czy teraz ma to jakikolwiek sens? I tak będę mieszkać z Elliotem. – Przypomniałem. Byłem ciekawy jak ostatecznie nam to wyjdzie. Kiedy jeszcze ja i brat mieszkaliśmy razem, często wracaliśmy do domu pijani i o dziwnych porach. Żyliśmy bez trosk, cieszyliśmy się swoim statusem. Czy potrafiłbym wrócić do tego stanu gdyby mnie o to poprosił? Nie miałem pojęcia.
- Masz rację, nie ma. No cóż, nieważne. Dzisiaj mam zamiar się świetnie bawić, ty też taki masz. – Zmieniła temat z uśmiechem na ustach. Były pomalowane szminką, dokładnie głęboką czernią.
- Mam?
- To już było ustalane, Jud. Musimy się rozluźnić, ja przed ślubem a ty ogólnie. Zapomnij o tym, co się wczoraj stało, okej? Wiem, że będzie trudno, ale dasz radę. Nieważne do czego będzie chciał przekonać cię Elliot, nie możesz się zgodzić, bo pogrąży was obydwu. Kocham go, ale muszę być z tobą szczera. – Miała rację, czas pokazywał to wielokrotnie. Elliot pogrążał mnie, a ja niego. Orlane była naszą kotwicą, łącznikiem z okrutną rzeczywistością. Przypominała nam, że balowaliśmy za pieniądze ojca, którego oboje nie trawiliśmy, że zaniedbujemy obowiązki i szufladkujemy naszą relację do pijanych kumpli, że przestajemy myśleć. Ten ostatni aspekt był najbardziej kuszącym, zakazanym owocem. Myśli potrafiły być zabójcze, tym bardziej myśli człowieka bez żadnej wartości, które krążą po głowie szukając argumentu na to, że ten potrafi się do czegoś przydać. Mógłbym pocieszać się tak naprawdę w nieskończoność, stworzyć perpetuum mobile zmuszające do dalszej, bezsensownej walki, ale nie było po co. Chcieli żebym żył dla siebie, chociaż kiedy mnie znaleźli byłem na granicy egzystencji. Chciałem żyć dla siebie. Zabić się dla siebie. Skończyć cierpienie dla siebie. To wszystko nic innego, tylko ja! Czego jeszcze mogli ode mnie chcieć? Zabrali mi samodzielność. Czułem się z tym dobrze. Zabrali mi samodzielność! A potem kazali znów dla siebie żyć. Od tamtego momentu wiedziałem, że moje życie tak naprawdę nie jest moje. Było nasze, a ja byłem zobowiązany je pielęgnować aby coś z tego zyskać.
- Jaką masz pewność, że to nie ja pogrążę jego? Nie wiem tak naprawdę w jakim stopniu mogę wam zaufać, Orlane. Nie powiedzieliście mi praktycznie nic o tej klątwie, a jestem pewien, że coś wiecie. Jeśli chcesz, żebym żył dla was, to musicie dać mi powód. Nie zamierzam już błądzić we mgle. – Patrzyła na mnie w zamyśleniu. Stałem nad nią z parą świeżych ubrań, które miałem zabrać zaraz pod prysznic. Pewnie zastanawiała się ile tak naprawdę może mi powiedzieć. Byłem pewien, że ma to związek z naszą rodziną, prawdopodobnie dotyczyło to też Eliasa i Alberta. Czy nasz ojciec zabronił im mi mówić? Pasowałoby to do niego i sytuacji. – Albert zabronił wam mówić? Rozumiem. Może Elliot będzie bardziej skory do rozmowy…
- Wiedzieliśmy, że to samo pojawi się u ciebie. Obliczyliśmy to. – Nacisnąłem tam, gdzie trzeba. Było wiadome to, że Orlane nie chce żebym wykonywał plan Elliota, wystarczyło trochę pokierować sznurkami.
- Obliczyliście? Na jakiej niby podstawie? Wiesz coś w ogóle o początkach tej całej klątwy?
- U Eliasa pojawiła się pierwsza. Miał wtedy 15 lat. Wszyscy byliśmy zszokowani oprócz ojca, który wiedział co robić. Wytłumaczył to nam wszystkim, tylko nie tobie, wiesz czemu. Dwa lata później to wystąpiło u mnie. Minęły kolejne dwa lata i ofiarą padł Elliot. Już rozumiesz?
- Co 2 lata, huh. A cokolwiek o jej pochodzeniu? Elliot mówił, że nie ma na nią lekarstwa, skąd to niby wiecie?
- Od ojca. Wszystko co wiemy, czyli praktycznie nic, wiemy od niego. Jeśli chodzi o rząd i niebycie wykrytym, to już czysta logika. Oglądałeś pewnie filmy o ludziach z super mocami, gdzie ostatecznie zostawali porywani i robiono na nich eksperymenty? No cóż, nie chcemy żeby to stało się prawdą. Nic o jej pochodzeniu, o lekarstwie, po prostu istnieje. Mieliśmy trochę czasu i przyswoiliśmy życie z tą ,,chorobą’’, ty też to zrobisz, wierzę.
- Faktycznie, czysta logika robi robotę patrząc na to, że mamy do czynienia z jakąś klątwą. Tak czy owak, dziękuję. Nie jestem w stanie stwierdzić czy kłamiesz odnośnie ilości informacji, ale ufam ci, Orlane. Wiesz, że czeka mnie kolejne piekło, prawda? Z tym… wszystkim.
- Wiem.
- Cieszę się i liczę na waszą pomoc. Nie miałem nawet cienia szans się na coś takiego przygotować…
- Myślę, że powinniśmy jak najszybciej opuścić to mieszkanie. Nie wiadomo czy ktoś z wywiadu już nie siedzi nam na dupie.
- Wezmę tylko ostatni prysznic, dobra? Zrobię to najszybciej jak tylko będę w stanie. Czy ten cały złoty dotyk działa też na mnie? Muszę myć się w tych rękawiczkach czy mogę normalnie? – Westchnęła i przytaknęła, co oznaczało, że niestety musiałem. Klątwa działała też na mnie. Jak inaczej mogłem to nazwać niż czystym bólem w dupie?
- Co do rękawiczek, to kupiłam ci nowe. Zwykłe, białe, bo i tak zmienią kolor. Załóż je od razu po umyciu się, dobra? Będę czekać na dole w samochodzie.
- Jasne. Tak swoją drogą, to gdzie ty chcesz jechać? Od razu do Elliota? Muszę się jeszcze spakować i ogólnie przygotować na to wszystko…
- Kupimy ci nowe ciuchy, szczoteczkę i co tam jeszcze będziesz potrzebować. Miejsce do którego zmierzamy to niespodzianka, zobaczysz jak już faktycznie dotrzemy. – Nie lubiłem niespodzianek. Krótko przytaknąłem jednak i ruszyłem do łazienki. Umyłem zęby, wziąłem krótki prysznic. Musiałem przyznać, trochę dziwnie było myć się w rękawiczkach, ale było to jedynym katalizatorem dziwnej klątwy. Zacząłem myśleć nad tym, skąd mogło to przybyć. Nie dziwił mnie sam fakt tego, że ktoś chciał przekląć rodzinę Prouffnerów, lecz to, że ta klątwa faktycznie kurwa zadziałał! Jedyne tropy które ostatecznie pojawił się w mojej głowie to mitologia grecka, a dokładniej Midas. Od razu do głowy przyleciał mi obraz ulubionego baru Ashley i mojego, toż to ciekawy zbieg okoliczności, prawda? Władca Frygii sam jednak poprosił o ten dar, nie został przeklęty. Ze wszystkich rzeczy które mogły się nam przydarzyć, stał się złoty dotyk. Coś tak specyficznego musiało posiadać prostsze wytłumaczenie. Zacząłem wracać do wydarzeń z wczoraj, dokładniej do tych dziwnych głosów w autobusie. Ktoś nazwał mnie wisielcem. Nie wiem czy był pierdolonym podróżnikiem w czasie, a może po prostu miał szczęście w moim pechu. Następnie ten dziwny mężczyzna wyrzucony z pracy przez swoich kolegów i ostatecznie ,,Wiśniowy anarchista’’, nazwa tak kiczowata, że wątpię iż jest prawdziwa. Musiałem zapytać Orlane, może faktycznie wiedziała coś na ten temat.
                Rozczesałem swoją gęstą, złotą czuprynę i ładnie poprawiłem. Założyłem długi, czarny płaszcz, pod nim miałem workowatą, białą bluzę bez żadnego specjalnego nadruku, do tego wybrane przypadkowo, materiałowe spodnie i sportowe, czarne buty. Gdyby Orlane powiedziała mi gdzie jedziemy, byłbym bardziej skrupulatny co do wybranych ubrań, jednak lubiła swoje ,,niespodzianki’’. Były momenty w których zastanawiałem się, czy jest podobna do mamy. Tak naprawdę nie miałem porównania, nie rozmawiałem z Agathą tak długo, żeby móc porównywać. Chciałem te zdjęcie o którym mówiła. Byłem pewien, że znajduje się gdzieś w domu, ale nie chciałem do niego wracać. Za każdym razem kiedy próbowałem, zaczynało mi być niedobrze, a niebo przykrywały chmury, lecz to zdecydowanie był tylko zbieg wydarzeń. Mogłem zadzwonić do Matheo i poprosić, żeby je dla mnie znalazł, ale byłoby dziwnie tak po prostu dzwonić po kilku latach ciszy. Ostatecznie nie zostało mi nic innego niż wybranie się po zdjęcie samemu, mama pewnie by tego chciała. Chciała, żebym pamiętał, że dla niej nie jestem zdrajcą. Dla niej jestem ukochanym synem zwanym Estro. Za każdym razem mówiłem to imię z dumą, nawet w myślach. Zamknąłem za sobą drzwi, klucz od mieszkania wrzuciłem do kieszeni. Już nie musiałem napełniać miski przed wyjściem… nie musiałem się z nim już przed wyjściem żegnać… cholernie trudno było o nim nie myśleć. Gnębiło mnie poczucie winy, nawet jeśli nie było ona całkowicie moja. Musiałem skupić się na rodzeństwie, to było wyjście. Wyobrażałem sobie jak świetnie spędzimy dzisiaj razem czas, że dowiem się o tym co robili, Orlane opowie mi o swoim narzeczonym, którego po prostu nie znam. To wszystko napawało mnie optymizmem, którego braki dokuczały mi ostatnie dwa lata, a nawet w jakimś stopniu przez całe życie.
                Pewnym krokiem wyszedłem przed klatkę schodową. Światło raziło mnie przez dłuższą chwilę, jednak szybko moje oczy się do niego przyzwyczaiły. Na parkingu spośród kilku zwyczajnie wyglądających samochodów, niezbyt drogich niezbyt tanich, wyróżniała się jedna perełka, której właściciel zdecydowanie nie mieszkał na tym osiedlu. Orlane siedziała w czerwonym kabriolecie absolutnie pewna siebie, z założonymi na nosie okularami przeciwsłonecznymi i lizakiem w buzi. Kiedy mnie zauważyła, zaczęła machać do mnie rękoma i nawoływać.
- Jak ci się podoba moja sunia? Mamusia ciężko pracowała wśród tych wszystkich aparatów i na wybiegach, żeby móc sobie pozwolić na taką piękność. Przysięgam, że obcięłabym tobie i Elliotowi jajca, gdybyście ją jakkolwiek uszkodzili. – Spłonąłem rumieńcem. Widziałem zdziwione spojrzenia przechodniów nieopodal, jakaś staruszka się nawet na chwilę zatrzymała i prychnęła. Ruszyłem  pośpiesznie w stronę ekskluzywnego samochodu. Szybko otworzyłem drzwi, wsiadłem a następnie zatrzasnąłem za sobą.
- Nie musiałaś robić takiego wstydu. Wiem, że teoretycznie już tutaj nie wrócę, ale nadal… - Pouczyłem ją. Pomimo tego, że często traktowałem ją jak swego rodzaju matkę, to nadal istniał w niej ten odłamek dziecka, tak jak w nas wszystkich, niezależnie od tego ile tak naprawdę mamy lat.
- Jakiego wstydu? Stary, to cudeńko uważasz za wstyd? Nie przejmuj się ludźmi, jesteśmy Prouffnerami, nieważne co powiemy i tak znienawidzą. – Miała rację. Tak naprawdę istniała mała ilość osób, które lubiły Prouffnerów, oprócz oczywiście elitarnych, państwowych grup. Ocenianie po nazwisku ojca było najłatwiejsze, bo przecież wszyscy jesteśmy tacy sami, prawda? Apatyczni i biegnący tylko za sławą oraz pieniędzmi. Oczywiście, że tacy jesteśmy, przecież jestem tego żywym przykładem, głupie pieprzenie.
- Nieważne. To gdzie jedziemy najpierw? Po Elliota? Tak byłoby najsensowniej. – Zapytałem. Orlane otworzyła schowek i wyciągnęła z niego jakiegoś lizaka w opakowaniu, a następnie pomachała mi nim przed twarzą.
- Chcesz? Jest dobry, obiecuję. – Powiedziała.
- Nie przepadam zbytnio za słodyczami, dzięki. – Grzecznie odmówiłem, jednak ona nie opuściła ręki. Wymachiwała cukrem na patyku przed moją twarzą strasznie chaotycznie, czasami nawet próbując na siłę wepchać mi go do buzi. – Co ty robisz?!
- Bierz go, poprawi ci humor! Nie zamierzam się powtarzać, Jud. Mój samochód, moje zasady. – Zrezygnowany, głośno westchnąłem. Zmarszczyłem brwi, jednak wziąłem tego cholernego lizaka do rąk i zdjąłem folię. Tak jak mówiłem, nie byłem zbytnio typem osoby, która przepada za słodyczami, ale nie chciałem sprawiać przykrości siostrze więc udawałem, że mi smakuje. Wyjechaliśmy z parkingu i byliśmy w drodze do miejscówki Elliota. Byłem bardzo ciekawy jak wyglądała.
- Wnioskując po twojej wypowiedzi, udało ci się ostatecznie w tym modelingu, prawda? – Przerwałem chwilę ciszy pytaniem. Orlane odkąd pamiętam marzyła, by zostać modelką, więc czułem się z niej dumny kiedy faktycznie osiągała sukcesy.
- Ano. Nie muszę się martwić tak naprawdę o pieniądze ani pracę. Wiesz jak fajnie się mieszka w Paryżu?
- To tam byłaś przez te ostatnie dwa lata? Widzę, że faktycznie nieźle ci się powodzi.
- Nie mogę narzekać na nic tak naprawdę. Na jednym z pokazów spotkałam swojego narzeczonego, Leo. Jest naprawdę uroczy, mam nadzieję że się polubicie.
- Ja też mam taką nadzieję. No to opowiadaj, jak tam wygląda Paryż? Jestem ciekawy bardzo jak to wszystko wygląda z twojej perspektywy.
                Staliśmy na parkingu przed blokiem w którym mieszkał Elliot. W końcu wyciągnąłem z kieszeni telefon i sprawdziłem, że mam kilka nieodebranych połączeń od Juliena. Dzwonił do mnie wczoraj, kiedy… wiadomo.
- Muszę do kogoś zadzwonić. Daj mi znać, kiedy przyjdzie, okej? – Przekazałem Orlane kiedy wychodziłem z auta.
- Jasne. – Odparła krótko. Podszedłem do zielonego kosza na śmieci i wyrzuciłem patyczek po zjedzonym lizaku. Ostrożnie wybrałem numer Juliena i przyłożyłem telefon komórkowy do prawego ucha. Trochę się bałem. Co mam mu powiedzieć, kiedy zapyta czemu nie odebrałem? W przeciwieństwie do Ashley, moja relacja z Julienem opierała się na czystej szczerości. Powinienem mu powiedzieć, że… chciałem odebrać sobie życie? Że to iż żyję to wyłącznie kwestia szczęścia albo nawet nieszczęścia? Nie mógłbym mu tego tak po prostu powiedzieć, to zbyt okrutne. Po tych wszystkich jego próbach uratowania mnie mam powiedzieć, że zawiódł? Zresztą, to nie jego wina. To niczyja wina.
- H-halo? Judasz? – Głośno przełknąłem ślinę. Odebrał. Zmarszczyłem brwi i złapałem za pierś. Do tej pory nie zdawałem sobie sprawy jak bardzo brakowało mi jego głosu. Mimowolnie po poliku popłynęła mi łza.
- Julien? Dzwoniłeś do mnie wczoraj. C-chciałeś coś? – Ledwo co z siebie wydukałem. Zastanawiałem się co teraz robił, pewnie nadal próbował włamać się do baz danych Waszyngtonu. Usłyszałem, że odetchnął.
- Chciałem po prostu zapytać jak się trzymasz. Nie odzywałeś się kilka tygodni, myślałem że ktoś cię zamknął w piwnicy i zaczął napierdalać prądem albo gorzej, kazał pić herbatę z prądem. – Przerażało mnie to, że potrafił mówić takie nonsensy z tak poważnym tonem głosu.
- Nie no, nikt mnie nie napierdalał prądem. Wczoraj byłem po prostu zajęty, wiesz? Orlane i Elliot wrócili. Wrócili po 2 latach, czaisz? Tak po prostu. Obiecałem im, że dzisiejszy dzień spędzimy na wyprawie do miasta i w sumie faktycznie to się stało. A co tam u ciebie? – Nie potrafiłem się do tego zmusić, jednak też nie skłamałem, po prostu nie uwzględniłem wszystkiego.
- Mam stary taki detoks, że umrę przed tym komputerem. Dzisiaj rano jak wstałem z łóżka i poszedłem do kuchni prawie co się nie zesrałem ze strachu.
- Hm? Coś się konkretnego stało?
- Powstała cywilizacja, to się stało. Dzikie szopy wpieprzyły mi się do domu i utworzyły system monarchiczny plus urządziły sobie walki gladiatorów w moim zlewie. Bardzo możliwe, że mi się przywidziało, ale wyglądało prawdziwie jak chuj.
- Idź spać może, co? Poczujesz się lepiej, obiecuję. Przyjadę jutro i razem będziemy przyglądać się rozwojowi tej świetnej metropolii, co ty na to? – Nie wierzyłem w żadne jego słowo, Julien lubił sobie pozmyślać. Faktycznie chciałem jednak się z nim jutro zobaczyć, nawet jeśli tylko po to, aby upewnić się że wszystko jest okej.
- Jasne. Jeśli okaże się, że będę dla nich bogiem, to zbiję grube miliony na sprzedawaniu informacji o tych małych włochaczach. Miłego dnia, Jud! – Odetchnąłem z ulgą. Julien bardzo często zachowywał się niczym we własnoręcznie wykreowanym świecie, gdzie wszystko nie ma totalnego sensu. Za to go kochałem. Rozłączył się, a ja schowałem telefon w kieszeni płaszcza. Odwróciłem głowę w kierunku czerwonego kabrioletu, gdzie na przednim siedzeniu znajdował się już Elliot. Miał ubrane to samo, co wczoraj, obstawiałem że po prostu założył pierwsze z brzegu. Wróciłem do pojazdu i wsiadłem do tyłu.
- Siemasz, Jud. Jak się spało? – Zapytał z opuchniętymi oczami, które próbował trochę zakryć czerwonym beanie. Na kołnierzu swojego płaszcza miał jakiś biały proszek.
- Całkiem dobrze. Ty natomiast widzę, że miałeś ciężko, skoro masz tak strasznie opuchnięte oczy. Swoją drogą, masz jakiś proszek na kołnierzu płaszcza. – Wypunktowałem to co widziałem. Elliot westchnął, natomiast Orlane błyskawicznie strzepała proszek z ubrania. Momentalnie oczy mojego brata się rozszerzyły, a on gwałtowanie zareagował. - NI..! – Przerwał w trakcie, jakoby słowo straciło na znaczeniu.
- Hm? Coś się stało, Elliot? – Zapytałem niepewny tego, co właśnie zobaczyłem. Wyglądało, jakby się zdenerwował? Naprawdę nie byłem pewien.
- N-nie, nieważne. Możemy jechać? – Zniecierpliwiony rzucił pytaniem w stronę Orlane. Kobieta przytaknęła i niedługo po tym byliśmy w trasie. W międzyczasie rozmawialiśmy tak naprawdę o głupotach, często wydarzeniach z przeszłości. Miło było z nimi wspólnie powspominać. Zagadałem się tak bardzo, że nawet nie zwracałem uwagi na to, gdzie jedziemy. To był mój błąd. Dopiero z bliska poznałem ten dom na wzgórzu, pod którym parkowała Orlane. Nie to mnie zdziwiło, to był jeszcze pikuś.
                Wysiedliśmy z samochodu. Stał tam, jak widły w gnoju. Nie miałem ochoty podchodzić, nie miałem ochoty rozmawiać, nie chciałem pamiętać, że istniał. Orlane i Elliot odwrócili się w moją stronę z szokiem wypisanym na twarzach.
- P-przepraszam, Jud. N-nie wiedziałam, że on tutaj będzie…!
- J-ja też nie. Gdybyśmy wiedzieli, naprawdę…
- Nic się nie stało. – Odparłem bezdusznym tonem głosu. Nie chciałem nic czuć. Wiedziałem, że prędzej czy później znów się spotkamy, że znów porozmawiamy. Czy byłem gotowy, aby stawić mu czoła? Nie wiedziałem. Chciałem mu wygarnąć. Jeśli miałem wejść do tego domu, to nie zamierzałem wyjść bez mojego zdjęcia z mamą, czułem się w obowiązku żeby je posiąść. Niepewnie ruszyliśmy do dwóch mężczyzn stojących przed zabytkową, żeliwną bramą. Widziałem uśmiech pełen bólu na twarzy Matheo. Staliśmy twarzą w twarz. Przeszyłem go wzrokiem, musiał wiedzieć, że nie jestem już tym Judaszem, który się boi.
- Chcesz mi coś powiedzieć? – Zapytał swoim grubym tonem. Myślisz, że tylko jedną rzecz? Oddychałem powoli. Musiałem to dobrze rozegrać, jak na mistrzostwach szachów. To była wojna między mną, a nim.
- Nic nie chcę powiedzieć. Przyszedłem tylko po jedno zdjęcie, tato.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

I. Kain i Abel

VI. Obusieczna obojętność

II. Dajcie mi się wreszcie poddać...