VII. Dzień upadku


Głupiec, Hideaway

                Nie byłem w stanie przestać o niej myśleć. Ciągle zadręczałem się wizją tego jak bezużyteczny byłem w czasie, kiedy mnie potrzebowała. Kate… przepraszałem i przepraszałem, a poczucie winy przekrzykiwało myśl zdrowego rozsądku, mówiącą mi, że nic co zrobię mi jej nie zwróci. Chciałem być w stanie powiedzieć, że to pojawienie się Judgementa było punktem zwrotnym mojego, wtedy teraźniejszego, życia, jednak skłamałbym. Kate Glassner zniszczyła mnie bardziej niż ktokolwiek inny. Była moim narkotykiem, którego nagle zabrakło. Niepohamowane pokłady złości i smutku nie znajdowały u mnie upustu, niosłem je cały czas ze sobą. Byłem tylko człowiekiem. Potrafiłem zrozumieć więcej niż reszta, byłem otwarty na wszystko co niosło ze sobą człowieczeństwo, jednak ja sam nie mogłem się go wyprzeć. Nie miałem już jak pomóc Kate, jednak mogłem pomóc komuś innemu – Phineasowi.
                Byłem lepszy niż to, potrafiłem przebaczać. Obmywałem dokładnie dłonie zimną wodą w umywalce, jednocześnie patrząc w lustro. Czułem ciepło jej krwi, chociaż nigdy na mnie nie wylądowała. Mój oddech był niestabilny, pośpieszny. Patrzyłem na Williama Drainashe i zastanawiałem kim tak naprawdę jest. Według mnie? No właśnie, kim jestem według siebie? Jakie mam prawo decydować o tym kto powinien mnie kochać? Nie dostałem takiego prawa, sam je sobie samolubnie nadałem. Według niektórych byłbym potworem, według innych szaleńcem, według jeszcze innych prekursorem. Miałem problemy z dopasowywaniem się do społeczeństwa, dlatego pragnąłem je poznawać. W końcu uległem narcystycznego stwierdzeniu, że to ja jestem społeczeństwem i mistrzem marionetek. Nic bardziej mylnego. Byłem ślepym marzycielem, który miał w dupie innych. Chciałem dla siebie dobrze, jak każdy. Nieważne jak bardzo tego chciałem, nadal nie potrafiłem usunąć z siebie empatii i serca z papieru. W jaki sposób chciałem zrozumieć społeczeństwo, jeśli nie umiałem nawet zrozumieć siebie?
                Czarnowłosy obiecywał, że wszystko stanie się lepsze, jednak było to oczywiste kłamstwo. Dopóki nie podjąłem akcji, nic nie mogło się ot tak zmienić. Przeglądałem się w lustrze. Moje jasnoniebieskie, zniszczone oczy nie mogły znieść obecności światła. Otrząsnąłem dłonie z wody i usiadłem na sedesie po prawej stronie od umywalki. Czułem się śpiący, bardzo zmęczony, nawet jeśli cały dzień nie wychodziłem z domu. Żółte światło z żarówki, zamontowanej w kwadratowym żyrandolu, migało. Czułem się taki samotny, nawet jeśli miałem do kogo się odezwać. Wstałem z sedesu i podszedłem do białej wanny, w której się położyłem. Miałem na sobie biały podkoszulek współgrający z moją cerą i pomarańczowe szorty. Moje bose stopy były zimne, chociaż w samym mieszkaniu nie istniał chłód. Trząsłem się. Wracały ciążące moje uczucia wspomnienia chwil wspólnie spędzonych z Kate. Dlaczego mi ją zabrano…? Dlaczego ktoś tam na górze nie chce, żebym był szczęśliwy?
                Zauważyłem ją siedzącą na krańcu dachu. Zajęcia tego dnia się skończyły, a ona była nieobecna podczas ich trwania. Nie był to pierwszy raz, jednak ostatnio robiła to coraz częściej, co mnie zaniepokoiło. Była mądrą dziewczyną, zawsze z bystrym spojrzeniem i niecodziennym rozwiązaniem, którego zawsze uparcie broniła. Uważałem jednak, że wszyscy ludzie wybierający daną dziedzinę antropologii albo antropologię w ogóle znaczenia tego słowa mieli wewnętrzny problem i wiele pytań, których odpowiedź rozsiana była po całym świecie w różnych osobach. W moim przypadku powodem było zapomnienie – chciałem zatopić błędy popełnione w przeszłości i skupić na innych, nauczyć schematu działania. Pokochałem tę naukę, jednak nie zapomniałem o korzeniach.
                Ubrany w standardowy, szary garnitur i białą koszulę z czarnym krawatem podszedłem bliżej, cały zmoczony od zastałej ulewy. Patrzyłem z nijakim grymasem na średniego wzrostu i wagi blondynkę z kręconymi, średnimi włosami, która kończyła papierosa.
- Chyba powinienem zwrócić ci za to uwagę, prawda? – Zapytałem z półuśmiechem na ustach siadając po jej prawej stronie.
- Chyba powinieneś, ale wątpię, że to faktycznie zrobisz. – Odparła nijako wypuszczając z pomalowanych czerwoną szminką ust dym. Prychnąłem.
- Znasz mnie lepiej niż ja sam. Co się dzieje, Kate? Tak bardzo przynudzam, że nie przychodzisz już na zajęcia? – Ironicznie z siebie wyrzuciłem. Dziewczyna kiwnęła.
- Nie o to chodzi, Will. Czasami wydaje mi się, że matka mnie upuściła kiedy byłam mała. Nikt naturalnie nie byłby w stanie popełnić tylu błędów w tak krótkim czasie co ja. – Rozumiałem co miała na myśli.
- To ci najinteligentniejsi popełniają ironicznie najwięcej błędów, bowiem głupi ludzie boją się popełniania ich bo nie umieją wynieść z nich nauczek. – Skontrowałem ją szybko, nie lubiłem słuchać jak ludzie się nie doceniają. Klepnęła mnie dłonią w ramię.
- To tym razem nie zadziała, Will. Mam ochotę teraz tylko skończyć papierosa, przebić opony Theodorowi który wkurwia mnie z każdym kolejnym dniem a potem wrócę po prostu do domu i przytulę do poduszki, bo z uśnięciem będzie ciężko. – Brzmiała jakby się poddała. Jej czarna koszula i purpurowa spódnica przylegały dokładnie do ciała. Musiałem wynieść ją z tego dołka.
- Kto powiedział, że od razu musisz spać? Może porobimy coś ciekawego dla odmiany? Coś, co równocześnie nie jest udręką dla innych ludzi? – To nie tak, że ja lubiłem Theodore’a, po prostu nie było jej to teraz potrzebne.
- Próbujesz mnie odwieść od pomysłu przebicia mu opon? Kim ty jesteś i co zrobiłeś ze starym dobrym Williamem, który najpewniej jeszcze zmieniłby by Theodorowi rejestracje na symbole nazistowskie? – Miała rację, odwodzenie ludzi od lekkomyślności nie było w moim stylu.
- Lekkomyślność jest dobra do pewnego momentu. Jesteś niezwykle mądrą dziewczyną, więc dobrze to wiesz. Kiedy jesteś w takim stanie musisz przyjąć wszystkie swoje myśli na klatę i nakopać im do dupy. Życie z przyjemną ilością punktów IQ nie jest łatwe, Kate, jednak nie jest ono też nudne, tym bardziej kiedy masz mnie przy boku.
- Czasami denerwuje mnie to, jak często masz rację. Trochę przypominasz mi moją matkę, chociaż ty na pewno nie dosięgniesz jej poziomu niańczenia mnie. Naprawdę nie mam dzisiaj na nic ochoty, Will. Mógłbyś podwieźć mnie zwyczajnie do domu? Tam najlepiej zwalczę negatywne myśli. – Porzuciła swoją negatywną personę i lekko uśmiechnęła. Uwielbiałem jej piękne, szmaragdowe oczy. Nie potrafiłem jej odmówić.
- Jasne. Na pewno nie chcesz nic zrobić jego samochodowi? Można powiedzieć, że troszkę zmieniłem zdanie…
- Nie, już nie chcę. Dam mu jakiś czas spokój, potem zaboli jeszcze mocniej. – Zatrzymała mnie gestem dłoni i uśmiechnęła na tyle, na ile potrafiła. Wstaliśmy z krańca, a ja romantycznie objąłem ją swoim ramieniem, kiedy powoli kroczyliśmy w stronę wyjścia. Była bardzo zimna, niemalże wyziębiona. Zaniepokoiło mnie to. Wewnętrznie stwierdziłem, że muszę przyspieszyć, jak najszybciej zabrać ją do środka.
- Jesteś cała zmarznięta, Kate. Cofam to wszystko o byciu inteligentną… - Poddenerwowany wyrzuciłem ze zmarszczonymi brwiami.
- Spieprzaj, byłam pod wpływem emocji. Wolę być chora fizycznie niż cierpieć psychicznie, więc to i tak jak dla mnie wygrana. – Odwarknęła, jakoby dumna ze swoich czynów. Głośno westchnąłem. – Chociaż wolałabym jak najszybciej znaleźć się w domu, nie ukrywam. – Dodała prawie szeptem, a następnie spłonęła rumieńcem. Była naprawdę urocza. Z zaskoczenia wziąłem ją na ręce, a ta pisnęła. – C-co ty robisz?!
- Można powiedzieć, że cię tymczasowo ogrzewam. Doniosę cię do mojego samochodu, a potem lecisz z buta, żeby nie było ci za dobrze. – Puściłem jej oczko z zawadiackim uśmiechem. Twarz kobiety zatopiona w rumieńcu, wtulona była w moje ramię.
- Nikt cię o to nie prosił…
- Hmm? Wiem. No i co z tego? Przecież jestem tym szalonym wykładowcą Williamem Drainashe, robię co chcę i kiedy chcę, i większości przypadków uchodzi mi to sucho, prawda? Teraz miałem ochotę ci tylko troszkę pomóc. – Dumny z siebie odparłem monologiem na który Kate nie odpowiedziała. Minęło kilka minut po których dotarliśmy do wyjścia z uniwersytetu. Na zewnątrz było trochę ślisko, więc ostrożniejszym, lecz nadal pośpiesznym krokiem szedłem z Glassner na rękach. Całkowicie przemoknięci wylądowaliśmy na przednich siedzeniach, gotowi do dalszej podróży.
                Kate wynajmowała mieszkanie na poboczach Hideaway, podobnie jak ja, chociaż po zupełnie innej stronie. Droga do jej mieszkania z uniwersytetu trwała około 20 minut, do mojego około 10. W czasie podróży zbytnio nie rozmawialiśmy, kobieta była za bardzo na to zmęczona, praktycznie usypiała opierając się o deskę rozdzielczą. Nie mogłem na nią patrzeć w takim stanie. Byliśmy bardzo charyzmatycznym duo, które wszędzie gdzie było, wyraźnie dawało znać o swojej obecności, chociaż patrząc na nią teraz na pewno bym tego nie stwierdził. Tęskniłem za tą beztroską, bo wtedy jeszcze nie uznawałem jej za mechanizm obronny…
                Jej sypialnia była zjawiskowa. Całkiem spora, jednak wystrój pogłębiał to uczucie wielkości. Ściany poobklejane wzdłuż tapetą przedstawiającą nocne niebo i gwiazdy, prezentowało się całkiem ładnie. Na zewnątrz było ponuro, więc światła wpadającego do środka przez okna i balkon znajdowało się całkiem niewiele. Gdybym miał porównać atmosferę tego pokoju do czegokolwiek, najchętniej porównałbym ją do strachu przed tym co kryje jeszcze przed nami wszechświat. Powoli to odkrywamy, jednak kto wie czy kiedykolwiek dane nam będzie poznać odpowiedź a jeśli nawet, to czy będzie ona pozytywna. Do myślenia o tym właśnie zmuszała mnie atmosfera tego dnia, byłem jednak za bardzo zafiksowany na punkcie Kate by zostać przy tej myśli chociaż odrobinkę dłużej.
                Położyłem dziewczynę na podwójnym łóżku, które stało po środku pomieszczenie pod ścianą. Miała czarną pościel z wyjątkiem jakim były białe poduszki. Zdjąłem z niej mokre ubrania, zostawiając nagą. Widziałem ją w takim stanie już kilka razy, nie był to żaden powód do wstydu. Nigdy nie skupiałem się na ciele, zawsze na osobie która w nim żyje, nagość wydawała mi się całkiem naturalną rzeczą. Sprawdziłem ręką jej czoło, było całe rozpalone. Zmarszczyłem brwi.
- Połóż się, nakryj kołdrą i kocem, okej? – Oprócz tego, że łączyło nas coś specjalnego, Kate nadal była moją uczennicą, tym bardziej w takim momencie. Czułem nauczycielski obowiązek żeby się nią zająć.
- Nie powinnam się najpierw wysuszyć..? – Ledwo co z siebie wyrzuciła. Nie byłem pewien czy miała na to siłę.
- Zapomnij. Prędzej się potkniesz i zabijesz o cokolwiek niż wysuszysz, a ja chcę żebyś wróciła jak najszybciej do formy. – Odpowiedziałem. Faktycznie powinna była się wysuszyć, jednak jej ciało nie było na tyle mokre by było to konieczne. – Nałóż koc który teraz masz przy sobie na prześcieradło, a ja pójdę po jakiś inny którym będziesz mogła się przykryć, okej?
- W porządku. Tylko nie odchodź za daleko, dobra? – Wydyszała delikatnie podnosząc się z łóżka. Cała spłonęła rumieńcem, chociaż nie do końca rozumiałem dlaczego.
- A co, nie poradzisz sobie beze mnie? Dorosła kobieta, studentka, nie może funkcjonować bez nadzorcy?  - Odparłem lekko się podśmiechując. Dziewczyna prychnęła, zarzucając swoje mokre włosy na plecy.
- Czy to wyzwanie? Bardzo chętnie je przyjmę!... Jesteś głupi, wiesz? – Zakryła swoją twarz ręką.
- Może troszkę… Tak czy siak, idę po ten koc. Dasz sobie radę sama, ja wierzę. – Zakończyłem nasz dialog i ruszyłem za próg pomieszczenia. Ruszyłem do salonu który był praktycznie naprzeciwko. Wyglądał nieco zwyczajniej, wyposażony w paletę kolorów podobnych do brązu. Okna zakrywały karmazynowe, materiałowe kurtyny długie do samych paneli. Na szerokiej, białej komodzie z wieloma szufladami stał plazmowy telewizor, jednak nie widziałem przy nim dekodera żadnego sortu. Zacząłem przeglądać szafki aż w końcu znalazłem tę która przechowywała koce, pościele, prześcieradła i inne materiałowe rzeczy w domu. Wyciągnąłem sporej długości ciemnobrązowy kocyk, a następnie włożyłem pod pachę jednocześnie zamykając szafkę. Nagle usłyszałem coś głośnego, jakby ktoś upadł na ziemię. Gwałtowanie przełknąłem ślinę.
                Z biegiem wpadłem do gwiezdnego pokoju. Ledwo co wyhamowałem przed progiem, a następnie przewróciłem oczy. Moje serce biło niewyobrażalnie szybko. Spojrzałem na łóżko, gdzie teraz znajdowały się dwie warstwy prześcieradła. Kate leżała twarzą do dołu z nogami w górze.
- Przestraszyłeś się? – Wymamrotała nawet nie odwracając głowy w moją stronę. Zaplanowała to? Zostało jej jeszcze tyle szarych komórek by mi coś takiego zrobić? Byłem na początku całkowicie zszokowany, potem zły, ale na koniec stwierdziłem że się odgryzę.
- Czemu miałby? Przyniosłem ci dodatkowy koc. Przykryj się nim i nie wychodź, dodatkowo możesz wziąć sobie coś co zbije ci tą gorączkę. Muszę już jechać, Kate. Zobaczymy się jutro. – Z pełną powagą w głosie zarecytowałem i położyłem koc obok jej pleców. Zacząłem kroczyć w stronę wyjścia z szyderczym uśmiechem na ustach, czekając tylko na szelest pościeli.
- C-czekaj! Przepraszam… zostań ze mną jeszcze przynajmniej chwilę.. – Poderwała się i wyciągnęła rękę w moją stronę w błagalnym akcie. Odwróciłem głowę z uśmiechem wypisanym na twarzy. Minęło kilka sekund po których obydwoje leżeliśmy na łóżku. – Jesteś naprawdę okrutny… mógłbyś mi tego oszczędzić przynajmniej jeden raz, kiedy nie czuję się najlepiej. – Wyrzuciła, kiedy nadzy leżeliśmy obok siebie z brzuchami do góry, pod kołdrą, i patrzyliśmy w sufit.
- Wiesz, że tylko teraz mogę tak łatwo tobą manipulować. Zmieniając temat, dlaczego zostawiłaś biały sufit? Liczyłem, że będzie miał podobny kolor do atmosfery tego pokoju. – Na to pytanie delikatnie się uśmiechnęła i wyciągnęła rękę do góry.
- Biały to ulubiony kolor mojej mamy. Zawsze kiedy patrzę w sufit przypominam sobie do czego aspiruję, jaką osobą chcę być. Trochę kiczowato, ale tak właśnie się czuję.
- Dlaczego kiczowato? Dla mnie to naprawdę piękne. Ja nigdy nie byłbym zrobić tego samego myśląc o mojej matce. – Czułem jak łzy zbierają mi się w kącikach oczu. Było to raczej ze szczęścia, że Kate nie przeżyła tego co ja.
- Dlaczego? Kim jest twoja matka, William? – Wyprowadziła cios prosto w serce. Kim była dla mnie własna matka? No właśnie, matką, przynajmniej w teorii.
- Jest matką mojego brata, Kate. Kiedyś opowiem ci o niej więcej, kiedy będę wiedział że nie zapomnisz o tym następnego dnia. – Dziewczyna przewróciła się na plecy, a zaraz potem stała moją małą łyżeczką.
- Nie chcę naciskać, Will. Podoba mi się to, że nie wiemy o sobie wszystkiego, aura tajemniczości dodaje trochę romantyzmu. – Odparła łapiąc moją dłoń swoją i kładąc sobie na piersi. Była przyjemnie ciepła.
- Muszę się z tobą zgodzić, jednak z czasem powinniśmy mówić co nam chodzi po głowie. Spojrzenie innego człowieka na dany problem z innej perspektywy jest często kluczem do rozwiązania sprawy, nie uważasz?
- To prawda… na razie utrzymujmy to w taki sposób, okej? Chcę dać sobie radę sama i wiem, że potrafię to zrobić. Potrzebuję tylko czasu żeby przemyśleć co muszę zrobić.
- Jasne. Postaraj się teraz przespać. Jutro rano chciałbym widzieć cię na zajęciach. – Wyszeptałem do jej ucha. Nie miałem dość jej wyśmienitego zapachu, przypominającego świeże pomarańcze.
- Nie zostawisz mnie od razu jak usnę, prawda? – Chciała się upewnić. Złożyłem delikatny pocałunek na jej szyi oraz przytuliłem mocniej.
- Nie odważyłbym się. – Zdążyła usłyszeć tylko to nim usnęła, a ja zrobiłem to samo krótko po niej.
                Ocknąłem się na dźwięk cichego szlochu. Lekko przetarłem dłońmi oczy tylko po to, aby po chwili ujrzeć zapłakaną kobietę wtuloną w moją klatkę piersiową i głośno dyszącą gorącym powietrzem.
- K-kate? C-coś się stało? – Niepewnie i cicho zapytałem, a po chwili wzrok jej szmaragdowych oczu zetknął się z moim.
- M-miałam koszmar. Dotyczył ciebie i mojej mamy… - Wymamrotała prawie że się krztusząc. Pogładziłem ją po plecach.
- Co się w nim stało? – Byłem dociekliwy. Musiałem się dowiedzieć o czym śniła i zapewnić, że tak się nie stanie.
- P-poszedłeś do więzienia. Moja mama cię aresztowała, ale nie mam pojęcia za co. Błagałam ją i błagałam, ale była nieugięta. W tym śnie miałam wrażenie, że już nigdy więcej cię nie zobaczę… Obudziłam się z płaczem i staram uspokoić od dobrej chwili…
- Hej, spokojnie. Ciągle tu jestem, prawda? Za co mieliby mnie wsadzić? No dobra, to nie jest dobre pytanie, bo powód by się pewnie znalazł, ale bardzo dobrze zacieram za sobą ślady, okej? Obiecuję ci, że moje pierwsze spotkanie z twoją matką będzie wyglądało skrajnie inaczej. – Starałem się ją uspokoić najlepiej jak umiałem. Zachichotała.
- Mam nadzieję, bo inaczej będzie kazała mi z tobą zerwać. Nie wiesz jak uparta potrafi być…
- W przyszłości się dowiem, Kate. Teraz musisz jednak odpoczywać, więc wracaj do spania.
- A co jak znowu przyśni mi się to samo?
- To obiecuję ci, że nawet jeśli mnie zamkną, wrócę do ciebie i razem uciekniemy. Na koniec świata, w ciągłym pośpiechu, niczym para największych głupców.
                Gwałtownie otworzyłem oczy. Moje ciało zanurzone było w wodzie aż po same czoło. Topiłem się. Straciłem przytomność w wannie przy odkręconym kranie. Zachłysnąłem się wodą. Co ja najlepszego robiłem? Naprawdę byłem aż takim wrakiem? W sensie, byłem od urodzenia całkiem sporym, ale teraz wszystko co czułem wydawało się być aż za bardzo dramatyczne. Straciłem Kate. Przez to, że byłem pieprzonym gnojem, mam szansę na zawsze stracić brata. Nie byłem na to gotowy, chociaż wcześniej myślałem, że jestem. Ta zemsta była za okrutna, nawet patrząc na jego przewinienia. Dzielili winę z Eleanor.
                Miałem szczęście, bo wanna nie zdążyła się napełnić. Zatrzymałem kurek i potrząsnąłem głową. Byłem wychłodzony, zupełnie jak Kate wtedy. Cały się trzęsąc ostrożnie wyciągnąłem jedną, a potem drugą nogę z wanny. Moje szorty i biały podkoszulek były przemoczone i niezdatne do dalszego noszenia, więc je zdjąłem. Stałem nagi w drzwiach do łazienki, kiedy stało się coś, czego się totalnie nie spodziewałem.
- No cóż, spotykamy się dziś raczej w niecodziennej sytuacji, prawda? – Zaczął Voile ze sprytnym uśmieszkiem. Nawet nie ukrywał tego, że patrzy wprost na mojego penisa.
- J-jak ty w ogóle wszedłeś? M-myślałem…
- No właśnie, tylko myślałeś. Drzwi były otwarte to wszedłem, ba, nawet zapukałem. To nie moja wina, że ta sytuacja między nami zaistniała. – Rozbawiony analizował moje ciało od góry do dołu. Zasłoniłem genitalia dłonią.
- Będziesz się tak patrzył czy zamierzasz w pewnym momencie odwrócić? Ja wiem, że…
- Myślisz, że nie widziałem na oczy kutasa? Spokojnie, twoje sekrety są ze mną bezpieczne.
- Czyżby wróciły czasy starego, gejowskiego Philipa? Myślałem, że zaginąłeś i nie wrócisz…
- Nie jestem gejem, po prostu bawi mnie to jak się wstydzisz. – Odparł, mając na myśli moją zarumienioną od jakiegoś czasu twarz.
- Mógłbyś się proszę odwrócić? Chcę się ubrać…
- Po co się mam odwracać kiedy i tak widziałem twój sprzęcior?
- W sumie masz rację. Proszę bardzo, patrz jak chcesz, ale moja opinia o twojej orientacji dzięki temu zdecydowanie się nie zmieni.
- Mówisz jakby mnie to obchodziło, hahaha. – Cała ta sytuacja była dla niego tylko niczym dobry spektakl, ze mną w roli głównej. – Jestem ciekawy co te kobiety w tobie widzą, bo w sumie jeśli chodzi o penisa…
- Dokończ, drogi przyjacielu. Co miałeś na myśli? Porozmawiajmy na ten temat. – Zgrywał się, ale nie zamierzałam dać mu wygrać. W międzyczasie sięgnąłem jakąś koszulkę i spodenki z suszki nad wanną. Raz dwa nałożyłem na siebie czarną odzież i z przeszywającym spojrzeniem czekałem na odpowiedź Voile’a, który się zastanawiał.
- To trochę niemiłe śmiać się z czyjegoś kutasa, kiedy on nie widział twojego, nie sądzisz?
- Niektórym kobietom to nie przeszkadza.
- Dlatego wielu z nich po prostu nie lubię. Śmiesznie jest tylko wtedy, kiedy masz jak się odgryźć.
- Uprawiasz seks z facetami tylko dlatego, żeby móc śmiać się z rozmiarów ich genitaliów? – W końcu odsłonił się na tyle, że mogłem kontratakować.
- Sam się załatwiłem…
- Zrobiłeś dokładnie to. Nieważne… drzwi były naprawdę otwarte? – Byłem praktycznie pewien, że zamknąłem ja na klucz. Czarnowłosy ubrany w szkocką kratę i nosił standardowe dla siebie okulary z okrągłymi oprawkami. Kroczył w białych skarpetach, bo swoje buty zostawił przy drzwiach. Wyszliśmy z łazienki. Salon był pokojem równoległym do niej, więc usiedliśmy na kanapie.
- Mhm. Nie byłbym zdzwiony jakbyś po prostu zapomniał ich zamknąć. Wszystko w porządku? Nie odbierałeś wczoraj ani dzisiaj żadnych telefonów, nawet Leah się o ciebie pytała. – Moje oczy zabłysnęły. W tym całym zamieszaniu związanym z Kate i Phineasem zapomniałem o dziewczynie, która tak desperacko potrzebowała pomocy. Byłem na siebie trochę zły.
- Faktycznie, pogrzeb matki, śmierć mojej studentki i zamknięcie brata ciążą mi na głowie. Potrzebowałem tego jednego dnia żeby trochę odpocząć i pomyśleć.
- Tak myślałem. Wiesz, że twoje myśli są zabójcze w takich okolicznościach, prawda? Nie chcę żebyś zrobił coś czego potem będziesz żałować przez własną głupotę.
- Trochę się spóźniłeś, bo robię tak całe życie.
- Niestety, nie płacą mi za niańczenie ciebie. – Parsknąłem.
- Nieważne, już jest trochę lepiej. Będę musiał się odezwać do tej twojej gwiazdki, skoro tak się jej spodobałem. – Puściłem mężczyźnie oczko, ten jednak przewrócił tylko oczami.
- Nie jesteś wyjątkowy, tylko ona ma dużo empatii, nawet dla staruszków takich jak ty. – Widać i słychać po nim było, że nie podobała mu się wizja mnie i Harren jako coś poważnego. Zupełnie nie to miałem na myśli.
- Uspokój się, biały rycerzu, chcę z nią tylko pogadać, tym bardziej, że to nie jest pierwszy raz kiedy się spotykamy. Wiesz jaka sytuacja panuje u niej w domu? – Ze smutkiem i zmarszczonymi brwiami wyrzuciłem. Voile tylko w ciszy przytaknął. – Nie mogę, my nie możemy jej tak zostawić! Kiedy patrzę na Adriana, widzę w nim brata…
- Ona siedzi w tym już za głęboko… próbowałem jej pomóc, ale ona za każdym razem odmawia pomocy. Czuję się trochę bezsilny i nie wiem czy warto jest tracić czas…
- Mimo wszystko, warto. Ja na jej miejscu chciałbym żeby ktoś mnie uratował, pomimo strachu jaki prezentuje odmawiając. Jeśli nie chcesz się do tego przyczynić, zrobię to sam.
- Tego nie powiedziałem. Pomogę ci, jeśli tak uparcie chcesz się tego trzymać. Swoją drogą, skąd się znacie?
- To dosyć długa i zawiła historia.
- Chętnie posłucham, jestem ciekawy.
- Nie dzisiaj, okej? Przysięgam, że ci opowiem.
- Niestety, ale ty odwalisz większą część tej roboty. Ja nie mam na nią wpływu od dawna, ale wierzę, że taka specyficzna osoba jak ty da sobie sama radę.
- Nie lubię się przechwalać, ale prawdopodobnie byłbym w stanie to zrobić.
- Uwielbiasz się przechwalać.
- No cóż, skoro ty tak to widzisz, to nie mam jak tego zmienić. Jest mi przykro, że widzisz we mnie same negatywy…
- Ktoś musi, skoro ty widzisz w sobie same pozytywy. – Nawet nie wiedział jak bardzo się mylił. Byłem głupi, nawet jeśli nie brakowało mi inteligencji.
- Jutro do niej pojadę, okej? Zobaczę co uda mi się osiągnąć, ale niczego nie obiecuję.
- Ona ma za trzy dni konkurs skrzypcowy. Myślisz, że udałoby ci się z nią zagrać w akompaniamencie? Uważam, że to by najbardziej jej pomogło, jakiś partner który jest tak nieprzewidywalny, że nie można nauczyć się melodii na pamięć.
- W to akurat wątpię, ale wierzę, że podczas grania jest najbardziej wrażliwa. A to nie tak, że ma już partnera? Co niby chciałbyś z nim zrobić?
- Trochę spacyfikować? Nie martw się, wymyślę coś. Tak czy owak, jest już późno, muszę spadać. Pogadamy jeszcze jutro.     - Spojrzałem na zegarek, dochodziła północ.
- Nie zatrzymuję cię, przecież taki elegancik jak ty musi się wyspać i mieć odpowiednią ilość snu. Tylko zamknij za sobą drzwi, okej? Ja mogę znowu zapomnieć… - To cały czas mnie męczyło. Z tyłu głowy nawracało przekonanie, że je zamknąłem. Byłem wrażliwy na punkcie, tym bardziej po tym, co zaszło wczoraj, jednak nie nazwałbym tego strachem. Ciężko było mnie przestraszyć.
- Nie zamierzam się kłócić, każdy potrzebuje adekwatną dla siebie ilość snu, narzekaczu. Ty też lepiej się wyśpij, bo mamy tylko trzy dni żeby zmienić czyjeś życie tak naprawdę na zawsze. Jesteś na to gotów? Nie żebym chciał nakładać na ciebie jakąkolwiek presję, ale mniej więcej tak to wygląda.
- Tak naprawdę nigdy nie będę gotów, więc można powiedzieć, że tak. Dobranoc, Philip. Zobaczymy się jutro.
- No dobra, spadam. – Odrzekł stojąc w futrynie drzwi wyjściowych. Tak naprawdę dopiero teraz zrozumiałem jak bardzo nie chciałem zostać znów sam.
- Dziękuję… że przyszedłeś. – Wyszeptałem speszony. Na początku wydawało mi się, że nie słyszał, ale niespodziewanie potem odwrócił głowę z półuśmiechem.
- Czasami naprawdę jesteś głupi, wiesz? To oczywiste, że przyjdę. Ty do mnie zawsze przychodziłeś. – Nie pozwolił mi na dodanie niczego do siebie, bo zamknął za sobą drzwi. Poczułem w środku ciepło. Nieważne jak bardzo winiłem się za śmierć Kate, nie mogłem zapominać o współczesności. Leah Harren potrzebowała mojej pomocy. Phineas Drainashe potrzebował mojej pomocy, a jeszcze czekało mnie wesele. Wiedziałem, że muszę odszukać więcej informacji na temat Orlane Prouffner, muszę wiedzieć więcej niż to, że jest sławną w świecie modelką. Ja zawsze spłacałem długi.
                Podszedłem do mosiężnych, dębowych drzwi i zacząłem im przyglądać. Na pierwszy rzut oka wyglądały jakby były zamknięte, ale coś mi nie grało. Pamiętałem, że zamykałem je wcześniej. Moją uwagę momentalnie przyciągnął inny przedmiot. Spojrzałem na niebieską miskę w której trzymałem klucze do samochodu. Zdziwiła mnie tam obecność czegoś innego, kartki w kratkę. Niewiele myśląc, jak to na mnie przystało, wziąłem ją do ręki i odwróciłem, bo na przedzie przywitała mnie pustka. Poczułem zaskoczenie, chociaż wiedziałem, że kiedyś nastąpi ten dzień. Wisiorek dołączony do wiadomości zrobiony z paznokci, nie miałem pojęcia czyich. Na szybko je przeliczyłem, wyszło dokładnie dwadzieścia jeden, a obok nich napis ,,21’’. Prychnąłem na głos. Nie byłem bezpieczny we własnym domu, już nie. Szybko do mnie doszło, że zamek drzwi został rozwalony. Nadszedł ten czas, prychnąłem. Twentyone wrócił, a ja byłem pierwszy na jego liście. Wszystko działo się naraz. Kate, Leah, 21. Trzeba było zacząć myśleć. Musiałem pomóc Harren i tym samym nie narazić jej na niebezpieczeństwo. Wesele mogłoby mi w tym pomóc. Wszystko po kolei.
                Nie odczuwałem strachu ani nie pośpieszałem się. Twentyone pragnął, abym popełnił błąd, odczuwał przyjemność z dręczenia mnie, chociaż ja dręczony się nie czułem. Jaką przyjmie taktykę? Będzie próbował zwalić całą winę na mnie czy może przyjmie to na klatę? Najbliższe dni miały to pokazać. Minęło kilka miesięcy, ale cholernie mi się dłużyły. Z uśmiechem na twarzy ubrałem się w garnitur i czarną muchę, na twarz założyłem kominiarkę, a na włosy granatową, puchową czapkę. Twentyone miał przewagę w tym, że wiedział jak wyglądam, ja niestety nie umiałem rozpoznać jego. Musiałem się ukrywać do momentu, kiedy go znajdę, odpłacę za wyrządzone krzywdy.
                Spakowałem potrzebne i podręczne rzeczy do walizki. Wiedziałem, że nie wrócę do tego mieszkania dopóki nie znajdę swojego złoczyńcy. Kiedy zamierzał mnie zabić? Obstawiałem, że nie prędko, w końcu napsułem mu trochę krwi. Wbiłem sztylet prosto w jego dumę, oczywistym było to, że dostanę specjalne traktowanie. Nie przeszkadzało mi to. Im dłużej zajmował się bezskutecznym napędzaniem mi stracha, tym większą dawał sobie okazję na potknięcia. Nie miałem czasu żeby spokojnie odetchnąć, gdybym wiedział jak się to potoczy, to poczekałbym z ujawnieniem Kate trochę więcej. Trzeba było działać. Wyciągnąłem z kieszeni telefon i wybrałem numer jedynej osoby, która nienawidziła Twentyone’a tak samo jak ja.
- Halo? Will? – Głos mojego sojusznika wydawał się być zdziwiony, jednak słusznie. Każdy z nas miał swoje problemy, a powrót tego skurwysyna nam w nich nie pomagał.
- On wrócił, Elliot. Dostałem list, będę pierwszy. Musisz tu przyjechać, w końcu mamy szansę się odegrać!
- T-teraz nie mogę…
- Huh?! Jak nie teraz to kiedy? Nie dostaniemy drugiej szansy. Policja już go szuka, ale ktoś musi ich nakierować!
- Przepraszam, William, mam teraz dużo spraw na głowie i muszę je posortować. Nie mogę teraz zostawić swojego brata na lodzie, nie znowu. Dasz sobie radę. Do zobaczenia.
- Elliot! Nie rozłącza… - Nie zdążyłem skończyć zdania, a rozmowa się urwała. Byłem cały poddenerwowany. Obiecywaliśmy sobie, że kiedy ten dewiant wróci to zmobilizujemy się i go złapiemy, ale widzę, że Elliot nie dotrzymuje obietnic. Prychnąłem na głos. Jak zawsze, mogłem liczyć tylko na siebie.
                Byłem na to przygotowany odkąd kupiłem mieszkanie. Przygotowaną spory kawał czasu temu kłódkę zatrzasnąłem na drzwiach. Była ona jedną z lepszych na rynku, byle rabuś bez specjalnych do tego rodzaju roboty narzędzi nie byłby w stanie się przełamać. Wrzuciłem pęczek ze wszystkimi potrzebnymi mi kluczami do kieszeni. Powolnym krokiem ruszyłem schodami w dół, droga była krótka, ponieważ mieszkałem na pierwszy piętrze. Wychodząc z klatki ciągnąłem za sobą walizkę i rozglądałem po okolicznych krzakach, bo nie wiedziałem do czego Twentyone mógłby się posunąć. Naprzeciwko mnie teraz umiejscowiony był parking na którego końcu stał mój samochód. Nie chciałem wyglądać na przewrażliwionego czy przerażonego, bo pewnie takiego człowieka szukali jego ludzie. Jak gdyby nigdy nic, wolnym krokiem, szedłem do przodu po zimnym betonie w czarnych pantoflach. Noc była spokojna, mogłem policzyć dużą ilość białych kropek którymi były gwiazdy. To nie był czas na myślenie o niej.
                Okolica była cicha, w bloku który zamieszkiwałem światło świeciło się w kilku oknach, jednak była to znikoma ilość. Kilka minut po północy, a ja siedziałem w swoim samochodzie z walizką w bagażniku. Nie tak wyobrażałem sobie dni przygotowujące do imprezy weselnej, ale wiedziałem, że narzekaniem nic nie wskóram. Zamierzałem wynająć motelowy pokój gdzieś w środku miasta. Twentyone pewnie myślał, że będę uciekać poza miasto, ale to taktyka głupców. Najciemniej pod latarnią. Wsadziłem kluczyki do stacyjki i przekręciłem. Nie zajęło mi długo, żeby odjechać z parkingu jak gdyby nigdy nic, oczywiście zaraz po łyku zaczerpniętym z metalowej, zimnej piersiówki.
                Z każdym skrętem czułem narastający niepokój i chłód na mojej szyi. Co kroć patrzyłem w lusterko, znajdował się w nim ciemnoczerwony Zedann. Jeśli chciał żebym go zauważył, to wykonywał swoją pracę bardzo dobrze. Otrząsnąłem się. Nie byłem taki, nie bałem się byle kogo i byłe czego. Musiałem jakoś go zgubić, tylko jak? Mój mózg pracował na pełnych obrotach, czułem przyjemną ekscytację kontrastującą z niedawno odpuszczonym żalem. Wierzyłem, że stawię czoła wszystkiemu, co stanie mi na drodze. Po kilkunastu minutach w końcu wymyśliłem pewien sposób, oczywiście nie miało obyć się bez strat z mojej strony, jednak byłem gotowy je ponieść.
                Jechałem po prostej ulicy. Ciemnoczerwony Zedann nie odpuszczał mi ani na krok, dając wyraźnie znać od na czyje polecenie mnie śledzi. Wyciągnąłem piersiówkę, jednocześnie jedną ręką prowadząc. Byłem ciekawy jakim kierowcą jest kolega z tyłu, przyszedł więc czas aby to zweryfikować. Rzuciłem odkręconym pojemnikiem najmocniej jak potrafiłem do tyłu, celując w przednią szybę Zedanna. Uśmiechnąłem się widząc jego zakłopotanie. Alkohol rozlał się na szkle, kradnąc mu wizję. Pojazd wpadł w poślizg, na szczęście nic mu się nie stało, bo gdyby w coś uderzył, zrobiłaby się z tego większa afera niż taka której teraz potrzebuję. Splunąłem przez okno, bo odczułem taką potrzebę po druzgoczącym zwycięstwie, a następnie pojechałem w jedyny kierunek jakim była noc, rozjaśniona światłem okolicznych lamp.
                Siedziałem oparty o blachę samochodu i pukałem lekko palcem w dach. Zdjąłem kominiarkę i czapkę. Bez swojej piersiówki nie miałem czegoś, co robiłbym w czasie stresu, a całe moje życie było jednym, wielkim stresem. Mogłem udawać tyle, ile chciałem, ale ciało dawało po sobie poznać, że ten tryb życia wykańcza ludzi. Oczy mi się kleiły, a nogi uginały. Byłem zmęczony, aż żałosne wydawało się to, jak małym zasobem energii dysponuję.
- William? – Ktoś mnie zaskoczył. Poderwałem się gdy usłyszałem swoje imię, lecz szybko sytuacja wyszła lepiej niż sądziłem. Była to koleżanka w moim wieku, June. Poznałem ją po jej charakterystycznych czarnych włosach z czerwonymi pasemkami. Nosiła czerwoną spódnicę z zieloną koszulą w kropki, a do tego jakieś sportowe buty.
- June? Niespodziewane spotkanie, co? – Uśmiechnąłem się szczerze. W czasach takich jak te, znajome twarze które nie chcą cię zabić są najprzyjemniejszym widokiem dla człowieka.
- Całkiem. Co ty tutaj robisz? Na parkingu motelu? Przecież mieszkasz w Hideaway. – Musiałem szybko wymyślić dobrą wymówkę.
- Dopiero co przyjechałem do miasta, a nie miałem już sił aby dojechać do domu, do tego nie chciałem budzić współlokatora, który pewnie teraz śpi. – Wcisnąłem kobiecie garść kitu.
- Oh, masz współlokatora? Nie wiedziałam.
- Trochę samotnie jest kiedy mieszka się samemu…
- Wiesz, że też obecnie szukam współlokatora? Potrzebuję osoby, która pomogłaby mi się zająć siostrą w razie potrzeby. – W moim umyśle zaświeciła się lampka. Szuka współlokatora? To była idealna okazja, żeby zrobić kolejny krok w stronę, której Twentyone nie podejrzewa.
- Wiesz co? Chętnie bym z tobą zamieszkał, wtedy mógłbym wynająć swoje obecne mieszkanie temu lokatorowi i pomóc ci w opiece nad siostrą.
- H-huh? T-to było szybkie. Jesteś tego pewien? Myślę, że powinieneś to przemyśleć i dopiero dać mi znać.
- Nie wiem czy wiesz, ale jestem znany z podejmowania nieprzemyślanych decyzji, jednak faktycznie masz tutaj rację…
- Daj mi znać do końca miesiąca, jasne? Też nie chcę za długo czekać na coś niepewnego… rozumiesz o co chodzi.
- A i owszem, nie ma problemu. Miło się rozmawiało, June, ale będę leciał odpocząć, bo miałem całkiem ciężki dzień.
- W porządku. W takim razie do zobaczenia!  - Uśmiechnęła się ciepło i machnęła ręką, a następnie powoli oddaliła. Wiedziałem, że nie pójdę od razu spać, bo informacje o Orlane nie odnajdą się same, a czas tykał.
                Na cały motel składały się dwa dwupiętrowe bloki mieszkalne umiejscowiono naprzeciwko siebie. Pomalowane na niebiesko ściany ładnie kontrastowały z czarnym, płaskim dachem. Wynająłem pokój położony w lewym bloku, najbliżej mnie, na cztery dni. W tych czterech dniach musiałem zmieścić koncert Harren, pomoc Phineasowi i wyrobienie sobie nowego, fałszywego paszportu. Wątpiłem w to, że pozwolą mi wyjechać do Kanady kiedy mój brat jest podejrzewany o morderstwo. Wszystko po kolei, Will, wszystko po kolei.
                Zamknąłem ze sobą drzwi, które były w druzgoczącym stanie. Gdyby ktoś chciał je wybić, najpewniej nie musiałby wkładać w to wielkiego pokładu siły. Musiałem mieć nadzieję, że Twentyone nie ma absolutnego pojęcia gdzie jestem.
                Wziąłem szybki prysznic w łazience, której stanu nie potrafiłem jednoznacznie nazwać, jednak nie byłem pozytywnie zaskoczony. Z założoną na siebie koszulą nocną siedziałem na skrzypiącym łóżku z laptopem na kolanach. Szklanka zimnej coli stała na stoliku nieopodal. Szukałem informacji o Orlane Prouffner w międzyczasie sącząc napój. Ludzie na różnych forach potrafili być obrzydliwie wścibscy, ale przez to też obrzydliwie ciekawi. Gdybym chciał mógłbym poznać najbardziej skryte sekrety modelki, lecz powstrzymałem się, nie chciałem żadnego bagażu emocjonalnego z nią związanego. Potrzebowałem adresu i trochę wieści o rodzinie. Ostatecznie wyszło na to, że miała trzech braci – Eliasa, Elliota i Judasza. Zdobyłem też nawet upragniony adres. Rozłączyłem laptopa z motelowy wifi i wyłączyłem, a następnie schowałem pod łóżkiem. Miałem przeczucie, że pomimo zmęczenia nie usnę. Twentyone, Phineas, Leah… coraz bardziej zaczynałem wątpić w to, że mi się uda. Bycie protagonistą i antagonistą było męczące.
                Miałem rację. Koszmary nie dawały mi spać. Widziałem ją, Kate, wiszącą tam w przytułku… wyglądała tak bezbronnie i żałośnie. Byłem wściekły oraz zrozpaczony. Moja mała pani antropolog, której młodość została zabrana. Nieważne czy pójdę siedzieć, dopnę swego. Nie pozwolę Twentyone’owi wyjść z tego bez szwanku, to nie ten typ gry. Zaczął się kolejny dzień.
                Byłem w drodze do domu Harren. Pamiętałem ją z czasu kiedy szanowni panowie policjanci odwozili mnie na lokalny komisariat. Miałem tylko nadzieję, że jej brata nie było w domu no i oczywiście, że ona była. Chciałem porozmawiać z nią na temat przeszłości, dowiedzieć czemu nie opuści z własnej woli brata-tyrana. Ja to zrobiłem. Zemściłem się kilkukrotnie tylko po to, aby teraz wyciągnąć go z bagna w które go wsadziłem. ,,Życie jest dziwne’’ – pomyślałem, parkując samochód nieopodal znajomego mi już domu. Ubrałem się w codzienne ciuchy – czerwoną bluzkę z długim rękawem, jakieś jeansy które zapakowałem do walizki i sportowe, czarne buty. Było w miarę ciepło, jednak silny wiatr dawał sobie znać, zostawiając moje włosy w niebywałym chaosie. Miałem dobry humor, nie wiadomo czemu. Czy pomaganie ludziom, a raczej próba pomocy, sprawiały mi frajdę? Nie miałem do tej pory jak tak naprawdę się o tym przekonać. Schowałem kluczyki do kieszeni spodni i powolnym krokiem ruszyłem do przodu.
                W pierwszej kolejności napotkałem czarną, żeliwną bramę rozciągniętą wokoło parceli. Położyłem ciepłą dłoń na klamce furtki i pchnąłem do przodu, jednak napotkałem opór. Zamknięta. Wyciągnąłem z kieszeni telefon i wybrałem numer artystki. Napisałem szybką, jednak treściwą wiadomość: ,,Stoją pod bramą, wpuścisz mnie? Chcę pogadać.’’ Było ledwo co po porze obiadowej, więc liczyłem, że odpoczywa w domu. Z drugiej kieszeni wyciągnąłem świeżo-zakupioną, metalową piersiówkę, którą zdążyłem już uzupełnić. Pozytywnie zaskoczyło mnie to w jak wiele rzeczy udało mi się załatwić w tak krótkim czasie. Stałem przed bramą i czekałem, jednak odpowiedź nie nastąpiła, za to młoda kobieta pojawiła się przede mną oraz zdecydowanym ruchem dłoni otworzyła dotąd zamkniętą furtkę.
- Dobry! – Przywitałem się z dziewczyną, przywdziewając uśmiech od ucha do ucha. Odwzajemniła go. Jej zaróżowione policzki wyglądały uroczo.
- Cześć, William. Wybrałeś idealną porę, bo Adrian przed chwilą pojechał do miasta na zakupy. – Odetchnąłem z ulgą i ucieszyłem w środku. Musieliśmy się minąć.
- Cieszę się, bo raczej nie byłoby to spokojne spotkanie, chociaż z drugiej strony bycie zastrzelonym z twojej ręki nie wydaje się być taką złą opcją śmierci. – Puściłem do niej zadziornie oczko. Mina jej zrzedła.
- Możemy o tym zapomnieć? Nie czuję się komfortowo o tym rozmawiając… - Odparła, łapiąc się lewą dłonią prawego ramienia.
- Jasne jak słońce.
- W takim razie zapraszam do środka, nie będziemy stać na takim wietrze na dworze, prawda? – Powróciła do półuśmiechu i gestem ręki zachęciła do podążania za nią.
- Zbytnio mi to nie przeszkadza, ale wolałbym jednak żebyś się nie przeziębiła. – Powiedziałem, zwracając uwagę na to, że właśnie chodzi w podkoszulku i krótkich, jeansowych spodenkach.
- Zawsze ja mogę iść do domu a ty zostać na dworze, rozmawialibyśmy przez okno. – Odparła, brzmiało to niczym prawdziwa propozycja.
- Chyba po prostu pójdę za tobą. – Wyrzuciłem, ostrożnie podążając za kobietą. Jej długie, blond włosy powiewały mocno na wietrze. Powoli kroczyliśmy w stronę ogromnego, dwupiętrowego domu, który należał do rodzeństwa artystów. Zwróciłem uwagę na to, że style wystroju pięter są od siebie różne, dolne zrobione nowocześnie, natomiast górne składające się z drewna. Miałem podejrzenia co tutaj mogło się stać.
                Postawiłem nogę w wejściowym holu domu Harren, po raz pierwszy z nieprzymuszonej woli. Naskoczył na mnie zapach, którego nie potrafiłem określić inaczej niż ,,zapach nowości’’. Hol był stosunkowo krótki, a na jego białych ścianach porozwieszano obrazy, których nie kojarzyłem. Po lewej i prawej stronie znajdowały się przejścia, jedno do salonu, natomiast drugie do kuchni. Aura tych pomieszczeń była taka… agresywna. Czerwone ledy migające w bliżej nieokreślonym tempie nie były moimi faworytami. Nie zatrzymywaliśmy się jednak za długo obok nich, tylko szliśmy do przodu, w stronę drewnianych schodów. Były jedynym niepasującym, kontrastującym ze wszystkim innym elementem na parterze.
- Skąd to zafascynowanie nowoczesnością? – Zapytałem znikąd kobiety, która odwróciła się na pięcie w moją stronę.
- Musieliśmy zremontować połowę domu po Potopie, tak więc Adrian zadecydował, że powinien tak wyglądać. Nie wiem czemu konkretnie tak, jednak nie pytałam, nie dostałabym i tak odpowiedzi…
- On mieszka na parterze, prawda? – Chciałem się upewnić, stworzyć w głowie obraz jakim człowiekiem naprawdę jest Adrian Core.
- Mhm. A co? – Nie wiedziałem co odpowiedzieć.
- Nieważne, pytałem po prostu z ciekawości. Dlaczego ty nie mieszkasz na dole? Nie byłoby ci, nie wiem, bardziej komfortowo? – Zmarszczyła brwi i skwasiła minę, wyglądało na to, że trafiłem w całkiem czuły dla niej punkt.
- Nie miałam takiego luksusu, by móc wybrać. Adrian twierdzi, że ilość przelanego potu, łez i krwi, którą widziały te ściany, uczyni mnie mądrzejszą i silniejszą… - Czułem jak coś łapie mnie za serce. Im bardziej poznawałem historię tej dziewczyny, tym większą ochotę miałem jej pomóc. – Znasz moich rodziców, Williamie? Bonnie i Jacoba? Również byli artystami.
- Znam ich. Czemu pytasz? – Oni… obydwoje…
- Obydwoje zmarli na scenie z przemęczenia. Poświęcili całe swoje życia aby być najlepszymi na scenie i tak samo właśnie umarli, próbując stać się najlepszymi.
- Przykro mi… - Spochmurniałem.
- Nic się nie stało, zdążyłam przywyknąć. Tak czy owak, skończę tak samo jak oni. Adrian też. Odkąd się urodziliśmy naszym przeznaczeniem jest utrzymać dobre mienie rodziny i umrzeć w imię jej wartości. – Kiedy skończyła wypowiadać to zdanie, staliśmy w drzwiach do jej pokoju. Podłoga na korytarzu trzeszczała, ciekawy byłem jak stara była. Na drugim piętrze było sporo innych pokoi, których drzwi zastałem pozamykane. Czułem, że pytanie o nie przywoła tylko nieprzyjemną falę złych wspomnień.
- Naprawdę chcesz tak skończyć? – Zapytałem ponurym głosem, siadając na łóżku w którym jeszcze tydzień temu leżałem poobijany. Leah usiadała nieopodal, dzierżąc teraz skrzypce i smyczek w dłoniach.
- N-nie wiem… nie mam wyboru. – Zdenerwowałem się.
- Praktycznie połowę mojego życia własna matka wpajała mi, że jestem tylko workiem do bicia dla własnego brata i wiesz co? Na początku przyjąłem to z pokorą. On wraz z nią traktowali mnie niczym śmiecia, ale w końcu przejrzałem na oczy. Nic nie zmieni się samo, Leah, jednak musisz dać sobie pomóc. – Siedziała z głową spuszczoną w dół, włosy zasłaniały jej twarz. Po długiej ciszy w końcu z siebie wydukała:
- I gdzie teraz jest twój brat? – Niepewnie zapytała spoglądając na mnie z troską.
- Za kratami, podejrzewany o morderstwo. – Spuściła na powrót głowę. Musiałem zmienić temat z niego. - Nie o niego w tym chodzi, nie chodzi też o mnie, tutaj chodzi o ciebie, Harren. Dopóki nie wykażesz chęci, nikt tego za ciebie nie zrobi. Obiecuję, że ci pomogę, nieważne jaką decyzję podejmiesz.
- P-prawie się nie znamy, William. Skąd m-mogę wiedzieć, że…
- Że nie jestem psychopatą? Mordercą, gwałcicielem, złodziejem i tak dalej? Nie możesz, ale powiem ci jedno. Teraz skazujesz się na pewną śmierć, a nie o to chodzi w życiu. Trzeba ryzykować, trzeba tracić i zyskiwać, bo to o to chodzi. Zmiany. Ciągłe zmiany są ważniejsze niż tlen, jedzenie czy picie. Możesz utrzymywać swoje ciało w dobrym stanie, jednak po co masz je marnować utwierdzając się w przekonaniu, że taki twój los? Nie możesz wybrać tego co się stanie, ale możesz wybrać sposób w jaki do tego podejdziesz. – Wydałem z siebie niewiarygodnie długi monolog. W życiu chodzi o zmiany. Nie mogłem temu zaprzeczyć, nawet po utracie Kate. Mogłem się załamać i zabić, jednak postanowiłem się zemścić i szukać dalej. W życiu chodzi o podejście, nic innego.
- Dowiedziałeś się czegoś? – Huh? O czym ona mówiła?
- O czym?
- O tych bliznach na klatkach piersiowych. Mówiłeś, że powiesz mi jak dowiesz się czegoś więcej. – Kompletnie zmieniła temat, jakby zapomniała o czym przed chwilą rozmawialiśmy. Może musiała mieć czas aby przeprocesować to co powiedziałem? Nie zamierzałem do tego wracać.
- Dowiedziałem się troszkę, ale nadal niewiele. – Odparłem, wzdychając. Niespodziewanie Harren wyciągnęła coś z kieszeni spodni, coś czego się nie spodziewałem. Przed moimi oczami istniała złota karta tarota ,,                Strength XVIII’’. – Skąd ją masz?
- Zabrałam pewnego dnia Adrianowi gdy nie patrzył i schowałam. Nigdy nie chciał mi jej dać, więc pomyślałam, że może jest związana z blizną. Mam rację? – Swoim wzrokiem drążyła we mnie dziurę, czekała na odpowiedzi tak bardzo jak niegdyś czekałem ja. To był czas, żeby jej powiedzieć.
- Jesteśmy specjalni, Leah. Ty, ja i 20 innych osób, które również mają podobną bliznę na klatce piersiowej. Wiem, że ciężko w to uwierzyć, ale tak jest. Numer na klatce piersiowej jest odpowiednikiem numeru karty tarota, którą jesteś. – Im więcej mówiłem na głos, tym głupsze się wydawało. – Ty jesteś Mocą, 8. Ja jestem Głupcem, 0. Nie wiem dokładnie co to oznacza, ale w moim przypadku gdy wbiję kartę w ziemię dzieje się to. – Odpowiedziałem i zacząłem wyciągać portfel, a z niego własną kartę tarota. Nie patrzyłem na kobietę przez ani jedną chwilę, nie chciałem widzieć jeszcze jej reakcji. Rzuciłem kartę na ziemię, a wbiła się w podłogę jak gdyby nigdy nic. Ubrania do których zdążyłem się przyzwyczaić pojawiły się w mgnieniu oka, tak samo jak czarno-białe sztylety. Odważyłem się spojrzeć. Spodziewałem się wytrzeszczonych oczu i trzęsącego ciała, jednak zostałem zaskoczony. Leah była uśmiechnięta.
- Nie wiem co powiedzieć, ja… to wydaje się być z jednej strony totalnie nierealne, natomiast z drugiej strony tak samo jak przeszłość mojej rodziny. William…
- To dużo, wiem… - Wstała z łóżka i podobnie do mnie rzuciła kartę na podłogę. Znów się wbiła. Byłem niesamowicie ciekawy co się stanie.
                Zdążyłem tylko mrugnąć, kiedy na plecach Harren pojawił się srebrny, skórzany kołczan pełen strzał. Przez ramię zawieszony miała pomalowany na biało drewniany łuk. Jej ubrania ani trochę się nie zmieniły, została taka sama.
- Okej, czyli tobie ubrania się nie zmieniają… - Próbowałem jakoś rozładować napięcie, ale sytuacja też była dla mnie całkiem nowa.
- Bo nie jestem pajacem jak ty. – Odparła podśmiechując się i analizując nowy, ciekawy nabytek. Uśmiech zszedł mi z twarzy.
- To nie było miłe… - Odparłem tylko, również przyglądając się atrybutom Harren. – Czujesz się jakoś inaczej? Jakbyś mogła zrobić coś niezwykłego? Np. nie wiem, przenieść górę albo coś w tym stylu.
- Nie powiedziałabym… jakoś tak nabrałam ochotę do śpiewania, jednak nie jestem pewna czy to przez kartę. A ty masz jakieś umiejętności oprócz przemiany w pajaca?
- Nie zmieniam się w pajaca, całe życie nim jestem, ale tak to w sumie nie. Dochodzą mi tylko te ubrania i sztylety, nic więcej. Myślę, że coś jest na rzeczy, coś czego nie wiemy, dlatego zwlekałem z powiedzeniem ci.
- Mówiłeś, że jest nas więcej. Znasz jeszcze kogoś, kto jest tym całym ,,tarotem’’? Kogoś, kto mógłby nam dużo wytłumaczyć? – Byłem rozdarty między tym czy jej mówić. Judgement tak naprawdę nigdy nie zakazywał mi o nim mówić, ale też patrząc na jego całą personę, raczej nie chciałby być obgadywany…
- Za tydzień jadę na wesele. Będzie tam sporo ludzi, ale mam wrażenie, że znajdę tam kogoś, kto wie więcej. Chcesz jechać ze mną jako partnerka? Może znajdziemy kogoś, kto będzie wiedzieć więcej. – Zaproponowałem dziewczynie. To była chwila prawdy. Czy zaimprowizuje i pojedzie ze mną, czy jednak przez strach zostanie w Hideaway?
- Chętnie! Obiecasz mi coś, William? – Zmieniła szybko ton głosu z przyjemnego na niezwykle poważny.
- Co mam ci obiecać?
- Że dowiemy się więcej o tych kartach i wszystkim, co z nimi związane. Razem. – Uśmiechnąłem się przyjaźnie i przytaknąłem.
- Oczywiście. – Odparłem bez przekonania.
- Nie przyjmuję takiej odpowiedzi, musisz mi obiecać. – Wyglądała na śmiertelnie poważną i taka była. Zmieniłem ton głosu na cięższy.
- Obiecuję. Swoją drogą, to wesele jest w Montrealu, w Kanadzie. Wolałem ci powiedzieć teraz, żeby nie było problemu z transportem czy coś. – Szczerze oznajmiłem, na co Harren machnęła tylko ręką.
- Nie ma problemu, znajdę kogoś kto nas tam zawiezie.
- Powiedziałbym, że nie musisz, jednak byłby to miły gest. Tak zmieniając na chwilkę temat, masz za dwa dni konkurs w Nashville, prawda? – Podnieśliśmy karty z ziemi i schowaliśmy, każde gdzie indziej. Bronie zniknęły, moje ubrania tak samo.
- Prawda, a co? Będziesz na nim? – Patrzyła na mnie pytającym wzrokiem. Chciała żebym na nim był?
- Zależy czy chcesz, żebym był. – Wyrzuciłem puszczając oczko.
- W takim razie nie chcę.
- Niestety, nie ty wybierasz sobie widownię. – Parsknąłem, kiedy obydwoje zaczęliśmy się śmiać. Czułem, że to początek świetnej przyjaźni, bo zachowywała się trochę podobnie do Kate. Leah nie wiedziała jeszcze o planie, który miał pomóc jej zrozumieć o co mi chodziło z podejściem do życia. Za dwa dni miała zrozumieć.

Moc, Nashville

                Byłam wycieńczona. Nie mogłam przestać myśleć nad wszystkim co obecnie działo się w moim życiu. Karty tarota, William Drainashe… rozum odpowiadał po prostu nie, jakby chcąc odciąć od rzeczywistości, natomiast serce uważało, że antropolog ma rację. Miałam problemy ze snem odkąd usłyszałam ten jego monolog o podejściu do zmian. Bałam się, że Adrian znowu mnie skrzywdzi, a ja znowu zawiodę w przekonywaniu go, że oryginalność nie jest grzechem. Mój brat został wychowany w domu pełnym bólu, więc nic innego niż ból nie znał. Nie byłam zła na niego, że traktuje mnie w taki sposób, byłam zła na siebie, że nie jestem na tyle dobra żeby mu pomóc, a teraz chciałam uciec z praktycznie nieznajomym do Kanady. Nie potrafiłam podjąć decyzji do końca, William podjął ją za mnie.
                Zbliżała się moja kolej żeby wejść na scenę. Poprzedni artysta dopiero co zszedł ze sceny, cały spocony i blady od stresu. Panicznie szukałam wzrokiem swojego partnera akompaniującego, jednak nie był na widoku. ,,Gdzie ty do cholery jesteś, Gus?’’ – Pomyślałam, słysząc jak wyczytują moje imię. Nagle ktoś złapał mnie za dłoń.
- Wyglądasz olśniewająco. – Włosy miałam związane w kucyk białą chustą. Założyłam rozłożystą, różową suknię oraz rękawiczki tego samego koloru. Na nogach miałam białe pantofle. Mężczyzna, który mnie pochwalił, to nie był Gus.
- W-william?! Co ty tutaj robisz? Powinieneś być na widowni, jeśli Adrian cię zobaczy…
- Ćśśś… spokojnie, księżniczko. Gus ma mały problem z żołądkiem i ja go zastępuję, to wszystko. – Cały czas się uśmiechał, denerwował mnie tym. Swoje czarne włosy związał czerwoną gumką w malutką kitkę na czubku głowy, a sam przywdział posrebrzany brokatem biały garnitur. Musiałam przyznać, wyróżniał się.
- Nie nazywaj mnie tak… kurwa, człowieku, wyróżniasz się bardziej ode mnie i jakoś dałeś radę przejść obok niego niezauważony? – Nie mogłam uwierzyć, może mój brat też nagle dostał ,,problemów z żołądkiem’’?
- To komplement dla mnie czy gnojenie twojego brata? – Zadziornie się uśmiechnął. Westchnęłam.
- Jedno z dwóch, wybierz sobie. – Nie mogłam być na niego zła. Byłam przerażona. Co on wymyślił? Chciałam tylko zagrać ten ostatni koncert i przemyśleć co zrobić, a on nagle zmienił mi plany. No właśnie… zmienił. Moje ciało zaczęło drżeć, a on to zauważył.
- Spokojnie… damy sobie radę. Obiecuję. – Powiedział już zupełnie poważnie, uśmiechając niezmiernie przyjaźnie. Czułam się trochę pewniej, jednak nie potrafiłam całkowicie usunąć strachu. Wkroczyliśmy na scenę, wywołani po raz kolejny. Nadszedł dzień upadku starej Harren.
                Na hali był ogrom ludzi, jednak zdążyłam się do niego już przyzwyczaić. William dostosował swój stołek jako pianista, a ja wzięłam do ręki swoje ulubione skrzypce. Z tyłu głowy już czułam, że to nie będzie zwyczajny koncert i faktycznie nie był. Zagraliśmy ,,La Follię’’ Corelli’ego.
                Czułam jak się duszę, tonę w fali zażenowania ludzi z widowni. Leah Harren była złotym dzieckiem, wydanym na świat dla sukcesu, a teraz z każdą zagraną nutą upadała coraz bardziej. Nie była jak metronom, którym nazywali ją wcześniej ludzie. Wszystkie godzinny bolesnych treningów zaprzepaściła jednym występem z nieznajomym, któremu ślepo zaufała. Czy była głupia? Tak i nie. To był początek mojej historii jako karty tarota. To był początek mojej historii z Williamem Drainashe, której reperkusje czuję do teraz.
                To był koniec. Upadłam na podłogę z mocą porównywalną do upadku z kilkunastu metrów, a przynajmniej tak się czułam. Łkałam i łkałam, nie słyszałam niczego oprócz zdziwionego tłumu, który gwałtowanie się oburzył. Nagle zrobiło mi się ciepło. Na scenę wbiegł Philip, który przybiegł z widowni. On i William obydwoje mnie przytulili. Zasłoniła nas kurtyna.
               

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

I. Kain i Abel

VI. Obusieczna obojętność

II. Dajcie mi się wreszcie poddać...