Posty

Wyświetlanie postów z marzec, 2020

IV. To nie oni. Oni nie żyją.

???, ???                 W mojej głowie wszystko to nie miało sensu. Dlaczego ktoś miałby to robić? Czy czymś zawiniłem? Cykl nie miał końca. Nieskończona i potworna rzeź, przyozdobiona ich ciałami. Dlaczego to widziałem? Nie było mnie tam, nikt mi o tym nie opowiedział, a jednak, cierpię. Pewnego dnia przyszedł do mnie mężczyzna. Byłem sam w domu, wszyscy pracowali podczas gdy ja uczyłem się rozmontowywać i składać w kółko broń palną. To nie jestem ja! To jestem ja? Podmienili mnie czy ich?! Czym w takim razie jest prawda?! Oddychałem głośno, krztusiłem się czystym powietrzem. To nie tak powinno być. Przyszedł mężczyzna, myśl Ota, myśl! Co było potem? J-ja… ja wpuściłem go. Czy się przedstawił? Nie, nie przypominam sobie. A może jednak? Jego usta… ruszały się. Coś mówił! Co mówił, Ota? Co on do cholery mówił?! Uderzyłem otwartą dłonią w swoje czoło tak, że został czerwony ślad. Co. On. Powiedział. Ota . ...

III. Czemu czuję się winny?!

Głupiec, Hideaway                 Od tamtego czasu minął tydzień. Dokładnie siedem dni temu wystawiłem swoje życie na szalę. W którą stronę miała się przechylić? A żebym to ja kurwa wiedział. Bez ryzyka nie ma zabawy, co? Liczyłem na to, że Bóg da mi szansę na zemstę, chociaż zsyłając na mnie koszmary dawał po sobie poznać, że jednak popełniłem błąd. Zaoferował nam w końcu wolną wolę, prawda? Po prostu z niej skorzystałem. Balansowałem na granicy dobra i zła.                 Nie potrafiłem o niej zapomnieć. Miałem w głowie potworną masę pełnych bólu wspomnień. Pachniała jak świeży sok z pomarańczy. Czułem nadal delikatność jej skóry, kiedy to jeździłem po niej palcem, gorący oddech na mojej szyi w zimne wieczory i biały uśmiech, wtedy pełen szczerości. Powiedziałem jej tylko jedno zdanie: ,,Nie zawiedź mnie.’’ Uciekła. Próbowała zost...

II. Dajcie mi się wreszcie poddać...

Judasz, Montreal                 Z założonymi na uszach wygodnymi słuchawkami wsłuchiwałem się w relaksujący dźwięk deszczu, który sam sobie puściłem. To była jedyna decyzja którą podjąłem własnoręcznie, a przynajmniej nie potrafiłem przypomnieć sobie innej. Dochodziła druga w nocy i chociaż rozsądniej byłoby się położyć, wiedziałem że nie będę mógł usnąć. Wymęczone oczy nie przestawały mnie szczypać, jednak zdążyłem się przyzwyczaić. Miałem na drugie imię bezsenność. Nienawidziłem jesieni tak bardzo. Podczas akurat tej pory roku moje uczucia się nasilały, bowiem jest ona końcem pewnego pokolenia roślin. Lubiłem porównywać to zjawisko do ludzi, bo tak jak liście z drzew, pewnego razu po prostu wypadamy z obiegu, a nikt nie docenia tego co zrobiliśmy dla świata. Życie nasze jak i roślin więdnie, stając się bezwartościową kupą wspomnień po której swoimi brudnymi butami depczą inni, wartościowsi. Czułem, że byłe...